Falkland Isl. (Malvinas) – Port Stanley. Rejs statkiem MS „Oosterdam”

5 luty 2025.

Kolejny port w tym rejsie to Stanley, który jest stolicą Falklandów, odległego archipelagu na południowym Atlantyku zamieszkiwanym przez niecałe trzy tysiące mieszkańców. Jest to terytorium Wspólnoty Brytyjskie, ale zaliczone jako niezależne państwo, do którego rości sobie prawo Argentyna, z której to właśnie przypłynęliśmy naszym pływającym domem. Hiszpańska nazwa tych wysp to Islas Malvinas.

„Nasz dom” stał na kotwicy w zewnętrznej zatoce, bo wpłynięcie wąskim przejściem do zatoki wewnętrznej, gdzie znajduje się port, było niemożliwe.

Panorama Portu Stanley. Widać tu roślinność typową dla zimnego klimatu.

Turystycznym autobusem pojechaliśmy do popularnej zatoczki Gypsy Cove, po polsku Zatoki Cygańskiej, gdzie zwykle było bardzo dużo pingwinów. Ostatnio, może ze względu na licznych turystów, te sympatyczne zwierzątka, wyprowadziły się do innych pobliskich zatoczek.

W Argentynie, skąd przypłynęliśmy, mieliśmy ciepełko, a na Falklandach już było chłodno, co widać po moim ubraniu.

Na tym punkcie widokowym w Gypsy Cove byłem poprzednio, ale wtedy wszędzie dookoła były tablice informacyjne ostrzegające o minach z czasów wojny 1982 roku. Teraz tablice zniknęły, bo podobno już rozminowano i można bezpiecznie chodzić po piaszczystych plażach. Po tej wojnie pozostały tylko pamiątki, które kiedyś broniły portu przed inwazją argentyńską.

Ela gotowa do odpalenia salwy „odłamkowym” w kierunku naszego domu. Dobrze, że ta armata z wojny 1982 roku jest już zardzewiała i nie odpali.

W Gypsy Cove widzieliśmy tylko nieliczne pingwiny i to nie na plaży tylko na trawie.

Byłem tu 16 lat temu i w zatoce było pełno pingwinów. Tym razem dużo z nich przeniosło się do pobliskiej Yorke Bay, dokąd przeszedłem spacerkiem po piaszczystej plaży, którą można by porównać do karaibskiej, ale bez palm i upałów.

Roślinność jest tu typowa dla zimnego klimatu, czyli bardzo uboga i utrzymuje się głównie na wydmach, które ograniczają przemieszczanie się piasku gnanego atlantyckimi sztormami.

Falklandy są dobrze znane z pingwinów. Czasami nazywane są „wyspami pingwinów”, jest to nazwa idealnie pasująca. Można tu spotkać pięć gatunków: Gentoo, King, Magellanic, Macaroni i Rockhopper.

Falklandy są jednym z najlepszych miejsc na świecie do oglądania pingwinów w ich naturalnym środowisku.

Co roku w okresie letnim (to znaczy podczas zimy na naszej północnej półkuli), na pięknych piaszczystych plażach, skalistych klifach i miękkich zielonych liniach brzegowych gniazduje około miliona pingwinów. Kolonie są duże i jest doskonała możliwości ich oglądania.

Pingwiny żyją w stadach i występują jedynie w zimnym klimacie Południowej Ameryki i Afryki. Są to bardzo sympatyczne i widowiskowe zwierzątka.

Potrafią całym stadem wbiegać do wody i po chwili uciekać na brzeg przed nadchodzącym przybojem fali.

Często stoją leniwie na piasku i w ogóle się nie ruszają.

Zabawy pingwinów, zarówno na morzu, jak i na lądzie nigdy nie przestają zachwycać licznych turystów.

Często chowają się na wydmach, które trochę osłaniają od silnego wiatru.

Na wschodnim krańcu portu Stanley leży imponujący i ikoniczny wrak statku. Znany jako Lady Liz, statek został zwodowany w Sunderland w Wielkiej Brytanii w 1879 roku i został uszkodzony podczas opływania Przylądka Horn w 1913 roku. Dopłynął do Stanley w celu dokonania napraw, ale wysokie koszty uniemożliwiły ich przeprowadzenie. Po kilku cumowaniach w Stanley Harbour gwałtowny sztorm w 1936 roku zatopił Lady Liz.

W dniu kiedy odwiedzaliśmy Port Stanley, widzieliśmy dużą flotyllę chińskich statków rybackich. które, jak na komendę wypłynęły w jednym czasie. Były to jedyne statki oprócz naszego Oosterdam i innych małych lokalnych.

Miasto stołeczne Stanley jest wybudowane w brytyjskim stylu, który zatrzymał się w czasie. Ikoną Stanley jest Katedra Anglikańska Christ Church zbudowana pod koniec XIX wieku. Obok niej stoi łuk z wielorybiej kości, pod którym wszyscy turyści robią sobie zdjęcia.

Jak wszyscy, to i ja również ustawiłem się do zdjęcia w momencie, kiedy nie było tłoku turystów.

Obok stoi mniej okazały kościół katolicki St Mary’s.

Nie ma już masowego polowania na wieloryby i zabijania tych największych na świecie ssaków. Harpuny można oglądać już tylko w muzeum.

Tylko to jedno działko w latach 1937-1965 zabiło ponad 20 tysięcy wielorybów.

Po tych dawnych polowaniach pozostały już tylko szkielety wielorybów.

W 1982 miała tu miejsce pełnoskalowa wojna po inwazji argentyńskiej. Pani premier UK Margaret Thather przysłała wtedy okręty wojenne i odbyła się tu bitwa morska oraz przywrócenie władzy brytyjskiej. Zginęło tu dużo ludzi i zostały również zatopione okręty po obydwu stronach walczących. Pani premier do dziś jest tu bardzo szanowana za zdecydowane działanie. Niestety widziałem jak lewaccy turyści pod jej pomnikiem robili sobie zdjęcia z wystawionym palcem, wiadomo którym.

Pomnik upamietniający poległych w wojnie 1982 roku.

Nadal tu funkcjonują budki telefoniczne i klasyczna poczta a życie płynie na zwolnionych obrotach, tak jak za dawnych czasów. Nawet nasze telefony komórkowe nie działały na Falklandach. Jest tam tylko jakaś lokalna sieć, ale bez dostępu dla turystów.

W muzeum można oglądać zabytkowe centralki telefoniczne, które prawdopodobnie, jeszcze niedawno były w użyciu.

Mnie zainteresowała ekspozycja łaczności radiowej. Podobne urządzenia radionadawcze używałem kiedyś w Polsce do łączności krótkofalarskiej między innymi z amatorami z Falklandów.

„Historic Dockyard Museum” ma galerie poświęcone eksploracji morskiej, historii naturalnej, wojnie o Falklandy z 1982 roku i dziedzictwu Antarktydy do której właśnie płynęliśmy.

Zobacz opisy z innych miejsc odwiedzonych w tym rejsie:

Dodaj komentarz