Cape Horn – Patagonia: Ushuaia, Punta Arenas, fiordy Chile. Rejs statkiem MS „Oosterdam”

11 luty 2025

Po opuszczeniu Antarktydy nasz statek obrał kurs na przylądek Horn, ale silny wiatr około 30 węzłów utrudniał płynięcie.

Przylądek minęliśmy lewą burtą, ale w odległości ponad 40 Mm na wschód, daleko od południka dzielącego Pacyfik od Atlantyku. Kapitan spieszył się, żeby odebrać chilijskiego pilota na spokojniejszej wodzie pomiędzy wysepkami przy wejściu do Cieśniny Beagle.

Po odebraniu pilota statek zmienił kurs na południe w kierunku wyspy Horn.

Płynęliśmy bardzo blisko skał, niemal ocierając się burtą o wysepki, na których ustwione są znaki nawigacyjne.

Wiatr SW rozdmuchał się już do 45 węzłów i prawdopodobnie z tego powodu kapitan nie zdecydował na opłynięcie wyspy i minięcie od południa trawersu groźnego przylądka. Na statku było dużo ludzi starszych, również na wózkach. Niektórzy chorowali na chorobę morską, co widać było po stewardach przynoszących jedzenie do kabin.

W rezultacie okazało się, że tym razem zaliczyłem tylko „oszukany” Przylądek Horn. W planie naszego rejsu był Cape Horn. Spodziewałem się, że zaliczę trzecie opłynięcie tego przylądka, o którym krąży dużo opowieści i jest on symbolem najtrudniejszej żeglugi na świecie. Pierwszy raz Cape Horn opłynąłem statkiem pasażerskim, co oczywiście nie jest zaliczane do osiągnięć żeglarskich. Drugi raz pod żaglami na jachcie „Selma Expedition”, co dało mi możliwość dołączenia do prestiżowego polskiego Bractwa Kaphornowców, do którego należą tylko ci, którzy przepłynęli pod żaglami ten groźny Przylądek.

Więcej czytaj:

Dlaczego na Przylądku Horn jest tak burzliwie? Na południowy zachód od Przylądka Horn dno oceanu gwałtownie wznosi się z ponad czterech kilometrów głębokości do 100 metrów na dystansie tylko kilku kilometrów. Ta wyraźna różnica, w połączeniu z silnymi wiatrami zachodnimi, które tworzą ogromne fale z przerażającą regularnością wokół Furious Fifties, tak nazywane są południowe szerokości geograficzne poniżej 50 stopni.

Nasz statek dopłynął dość blisko północnej, osłoniętej od wiatru strony Wyspy Horn, czyli Przylądek Horn oglądaliśmy z d….. strony.

Dzięki mojej kamerze z dużym przybliżeniem, mogłem z bliska oglądać latarnie morską, która dla żeglarzy trawersujących w sztormach „nieubłagany” przyladek, jest ważnym znakiem nawigacyjnym.

Tak samo z dużej odległości oglądałem pomnik albatrosa w negatywnej przestrzeni. Jest on poświęcony wszystkim marynarzom, którzy stracili życie podczas przeprawy przez Przylądek Horn.

Na tablicy znajduje się wiersz Sary Vial: Tłumaczenie: „Jestem albatrosem, który czeka na ciebie na końcu świata. Jestem zapomnianą duszą zmarłych marynarzy, którzy przepłynęli Przylądek Horn ze wszystkich mórz świata. Ale oni nie zginęli w szalejących falach, dziś lecą na moich skrzydłach ku wieczności, w ostatnim zafalowaniu antarktycznego wiatru”.

Albatrosy są symbolem tego przylądka, dlatego są bahaterami tego wiersza umieszczonego pod pomnikiem.

Po obejrzeniu Wyspy Horn od osłonietej strony północnej, nasz statek zawrócił i wpłynął na spokojne wody cieśnin Patagonii.

Wieczorem z wielkim zdziwieniem zobaczyłem dostarczone do kabiny certyfikaty: „for venturing around the tip of Sounth America… Cape Horn”. Trochę oszukane było to okrążenie, ale pewnie certyfikaty dla prawie dwóch tysięcy pasażerów były wydrukowane i żeby nie zmarnowały się, rozdano je pasażerom, z których większość nawet nie wiedziała, gdzie byli i co okrążyli. Nie będę się chwalił tym oszukanym certyfikatem i nie wstawiam go tutaj.

12 luty 2025

Znowu w Argentynie, już czwarty raz w tej podróży po Ameryce Południowej.

W argentyńskim porcie Ushuaia przystań statków pasażerskich jest z dwóch stron zapchana statkami różnej wielkości. Mniejsze stateczki wożące np. po 200 pasażerów, pływają na wyprawy na Antarktydę. Ze względu na ich wielkość, mogą one dopływać bliżej antarktycznego brzegu i nawet wysadzać pasażerów na ląd.

Nasz dom, wyglądał przy innych statkach bardzo okazale.

Luty na półkuli południowej to środek lata, ale tu na końcu Ameryki, z naszego statkowego balkonu cały czas widać było ośnieżone góry.

W Ushuaia są też dwa pomosty na jachty. Jeden należący do klubu Nautica położony jest bliżej miasta i cumuje do niego więcej jachtów.

Drugi mniejszy pomost jest położony dalej od miasta, niedaleko lotniska. Cumuje tam mniej jachtów, ale za to jest tam więcej miejsca na lądzie do przechowywania i napraw wyciągniętych z wody łódek. Kiedyś stałem tu jachtem „Selma Expedition”, przed opłynięciem Cape Horn i potem po oglądaniu lodowców Patagonii znowu wróciłem.

Moją uwagę zwrócił, bardzo nietypowo wyglądający pomnik upamiętniający 40 rocznicę wojny falklandzkiej. Zwykle klasyczne pomniki, jakichś bohaterów, wykonane są z brązu i ustawione na murowanych fundamentach. Ten pomnik przedstawia czynności uzbrojonych żołnierzy w akcji. W tym miejscu miałem też ciekawą refleksję, bo osiem dni wcześniej w Port Stanley na Falklandach oglądałem podobny pomnik, ale upamiętniający drugą stronę walczącą w tym konflikcie zbrojnym.

Obok pomnika z żołnierzami jest też drugi pomnik uwielbianej przez Argentyńczyków Evity oraz jej męża prezydenta Perona.

Główna ulica w centrum Ushuaia, Jest to deptak dla licznych turystów odwiedzających to miasto.

Historyczny dom z roku 1927. Wybudowany w okresie dużego napływu nowych osadników. Ma on niewiele ponad sto lat, ale jest uznawany jako zabytek. Inwestor budujący elegancki hotel musiał go wkomponować, żeby zadowolić konserwatora zabytków.

W Ushuaia dostałem się do więzienia. Zastanawiałem się, co ja takiego zrobiłem, żeby być za kratkami. Chyba jedyny powód to mówienie prawdy, bo za kłamstwa i oszustwa na przykład „uśmiechnięci” politycy nie idą za kratki, tylko robią karierę polityczną.

Wyglądało na to, że była też przygotowana dla mnie prycz, a kolega z celi witał mnie serdecznie. Obawiając się, że czeka mnie dłuższa odsiadka, starałem się nawet zaprzyjaźnić z kolegami więźniami, ale byli oni jacyś sztywni i zimni. W pewnym momencie… ten straszny sen skończył się i okazało się, że to manekiny a ja byłem w muzeum więziennictwa.

Ushuaia to najdalej położone na południe miasto argentyńskie. Po drugiej stronie cieśniny Beagle są jeszcze mniejsze miejscowości, ale na terytorium Chile. To dalekie południe Argentyny było dobrym miejscem na trzymanie zesłańców, podobnie jak Syberia rosyjska. W szczytowym okresie początków XX wieku trzymano tu ponad 600 więźniów w budynku, który miał pięć połączonych pawilonów skrzydłowych.

Obecnie więzienie to przebudowano na muzeum. W jednym skrzydle jest muzeum więziennictwa. Część celi odrestaurowano tak, żeby pokazać, jak mieszkali więźniowie.

Takie małe piecyki ogrzewały cały duży budenek więzienny. Można sobie wyobrazić jak tam musiało być zimno w porównaniu do naszych obecnych standardów.

W innych celach tego muzeum, są obecnie różne ekspozycje, na przykład porównanie różnych więzień na świecie. Kanadyjskie znalazłem, ale polskiej ekspozycji nie było.

Duża ekspozycja jest poświęcona ludności indiańskiej. Zwróciłem uwagę, że ci pierwsi mieszkańcy, kilkaset lat temu, w tym zimnym klimacie chodzili prawie nago. Ciekawe jak to wyjaśnią wyznawcy globalnego ocieplenia, podczas gdy obecnie w Patagonii jest dużo lodowców i wszyscy ubierają się dość grubo.

Ciekawy tutejszy sposób przygotowywania do spożycia mięsa z upolowanych zwierząt.

Wystawa pokazująca wyprawy arktyczne i modele statków uczestniczących w tych wyprawach.

Mnie zainteresowała cela więzienna, w której eksponowano różne urządzenia nadawczo odbiorcze podobne do tych, jakie kiedyś używałem w Polsce do łączności krótkofalarskiej. Obecnie w dobie satelitarnej łączności radiowej, te klasyczne nadajniki i odbiorniki radiowe są już tylko eksponatami muzealnymi. Inne ekspozycje muzealne w celach byłego więzienia pokazują między innymi sztukę współczesną.

Po wypłynięciu z Ushuaia prawą burta mijaliśmy słynną Aleje Lodowców leżąca na północnej stronie Beagle Chanel. Pogoda nie była najlepsza, bo silny wiatr i słaba widoczność.

Mogłem powspominać mój poprzedni rejs jachtem „Selma Expedition”, 9 lat wcześniej. Podczas tamtego rejsu mijałem ten sam lodowiec. Po latach miałem możliwość porównać, jak się on zmienił, co widać na tych dwóch zdjęciach. Wtedy wpływaliśmy do zatok i staliśmy w lodzie blisko takich lodowców. To jest różnica pomiędzy pływaniem na małych jachtach i dużych statkach.

13 luty 2025

Znowu w Chile. Punta Arenas, reklamowana jest dla turystów, jako najdalej na południe położony port i miasto, co nie jest prawdą, bo po drugiej stronie Kanału Beagle jest chilijskie miasteczko Puerto Williams, a jeszcze dalej osiedle Puerto Toro, gdzie byłem dziewięć lat temu podczas mojego rejsu dookoła Cape Horn. Argentyńska Ushuaia, którą odwiedziliśmy dzień wcześniej jest najdalej na południe położonym miastem argentyńskim. Cały czas te dwa państwa licytują się, co jest najdalej na południe i tak kręci się business. Prawdą jest, że Punta Arenas jest miastem najdalej położonym na południe, ale na stałym lądzie kontynentu amerykańskiego. Wszystko, co dalej, jest po drugiej stronie Cieśniny Magellana

Punta Arenas jest na północnym brzegu Cieśniny Magellana, która od stuleci używana była przez żeglarzy płynących z Atlantyku na Pacyfik i odwrotnie w celu ominięcia groźnego przylądka i skrócenia trasy żeglugi. Punta Arenas praktycznie jest jedynym porte w cieśninie. Kiedyś przed otwarciem Kanału Panamskiego kwitło tutaj życie. Większość statków opływających Amerykę Południową przepływała tędy, żeby ominąć sztormy Przylądka Horn. Obecnie miasto to żyje swoją historią z dale od wielkich aglomeracji. Widać to po wyjątkowo dużej ilości pomników upamiętniających różne wydarzenia i ważne osoby.

Miasto nie jest zbyt duże i praktycznie całe można go przejść pieszo w ciągu kilku godzin. My poszliśmy na punkt widokowy, skąd można oglądać panoramę Punta Arenas

W centralnym punkcie miasta w parku w pobliżu ratusza i katedry jest pomnik Ferdynanda Magellana. Legenda mówi, że kto pocałuje stopę Indianina siedzącego na podstawie pomnika, to wróci tutaj ponownie. Nic dziwnego, że ustawia się kolejka turystów do całowania stopy i fotografowania się przy tym ważnym wydarzeniu.

Jak byłem tu poprzednio, to wczułem się w ten turystyczny nastrój, ale patrząc na wypolerowaną i błyszczącą się od tych pocałunków stopę, wyobraziłem sobie niezliczone wirusy i inne zarazki. Na wszelki wypadek pocałowałem stopę, tylko przez swoją rękę. Jak widać takie małe niedopełnienie przesądu, zrozumiał kapitan Magellan i dał mi szanse ponownego odwiedzenia Punta Arenas.

Pałac Sary Braun. Żyła ona w latach 1862 – 1955 i była chilijską bizneswoman urodzoną na Łotwie, która stała się jednym z głównych pracodawców w Patagonii. Po emigracji z rodziną z imperium rosyjskiego, aby uniknąć prześladowań z powodu żydowskiego pochodzenia, rodzina podróżowała po Europie, a następnie szukała pracy w Argentynie i Paragwaju, zanim w 1874 roku przeprowadziła się do Magallanes, znanego obecnie jako Punta Arenas.

Katedra Najświętszego Serca, zwana także katedrą Punta Arenas i parafią Najświętszego Serca Jezusowego, jest budynkiem sakralnym Kościoła katolickiego z renesansową wieżą poświęconą zakonowi salezjanów. Jej budowa została rozpoczęta w roku 1892.

Cmentarz nazwany imieniem Sary Braun. Można go porównywać do Cementerio de la Recoleta położonego w ekskluzywnej dzielnicy Buenos Aires, który odwiedziliśmy na początku naszej obecnej podróży.

Znajdują się tu groby najważniejszych i najbardziej wpływowych mieszkańców Punta Arenas i Patagonii.

Najwięcej miejsca na cmentarzu zajmuje Mauzoleum Sary Braun, która jak wspomniałem powyżej bardzo zasłużyła się dla tego miasta i do tej pory jest bardzo szanowana przez mieszkańców.

Na tym cmetarzu jest wyjątkowo dużo zieleni, która w tym zimnym klimacie niezbyt dobrze się utrzymuje w innych miejscach.

Zmęczony długim spacerem spocząłem na cmentarnej ławeczce. Zastanawiałem się, żeby może tu pozostać, ale stwierdziłem, że to za drogo. Lepiej wydawać pieniądze na podróżowanie. Jak przyjdzie pora, to Neptun przyjmie mnie do swojego królestwa bez kupowania miejsca na ekskluzywnym cmentarzu.

14 luty 2025

Po wyjściu z Punta Arenas płynęliśmy chilijskimi wodami wewnętrznymi, które bardzo mi przypominają nasz kanadyjski Inside Passage w BC lub Alaskę tylko brakuje roślinności, którą widać w nielicznych miejscach.

Po drodze wpłynęliśmy w głąb jednej z zatok i oglądąliśmy lodowiec Brujo Glacier.

Przy lodowcu tym spotkaliśmy mały stateczek pasażerski wożący turystów po tych fiordach. Takie małe stateczki mogą podpływać znacznie bliżej i pasażerowie mogą więcej zobaczyć niż my z dużego statku.

Ostatnie spojrzenie na wierzchołki lodowców w tym miejscu. Płynąc na północ z dnia na dzień robiło się coraz cieplej. Trochę to dziwnie brzmi dla nas mieszkańców półkuli północnej.

Zobacz opisy iinych odwiedzonych miejsc w tym rejsie:

Dodaj komentarz