2014.08 Wyprawa przez Northwest Passage – Przejście północno-zachodnie

Latem 2014 roku przepłynąłem jachtem „Lady Dana 44” jeden z najtrudniejszych na świecie szlaków żeglarskich Northwest Passage, czyli przejście Północno Zachodnie z Pacyfiku do Atlantyku przez Arktykę kanadyjską.

Zobacz filmy: Wyprawa Northwest Passage 2014 s/y „Lady Dana 44”

Zobacz: Fotografie

Artykuł w miesięczniku „Żagle”: Artykul Zagle 05.2015 J.Kusmider NWP Lady Dana 44 PDF 

Poniżej czytaj:

Kolejne relacje pisane podczas rejsu i wysyłane z jachtu drogą satelitarną a nastepnie umieszczone na stronie internetowej.

01.08.2014

Dotarliśmy na jacht

Wieczorem 1 sierpnia cała wyprawowa załoga już jest na jachcie w komplecie. Ja przyleciałem z Vancouver. W Ancharage spotkałem mojego imiennika Jurka i Andrzeja, którzy przylecieli z Polski. Dalej do Nome lecieliśmy już jednym samolotem. Na lotnisku przywitał nas kapitan Rysiek, który właśnie odprowadzał cześć załogi, wracającą do Polski.

Jest już północ a widno jak w dzień. Zjedliśmy kolacje przygotowaną przez Lecha. Daniel gra na gitarze, reszta załogi śpiewa. Jest miła towarzyska, żeglarska atmosfera, bardzo dobry początek naszej wyprawy.

Jutro musimy zrobić ostatnie przygotowania i w niedzielę planujemy wypłynąć. Prognozy nie są złe, ale niestety trochę słabe wiatry.

 

04.08.2014

Nareszcie na morzu

Trzeciego sierpnia o godzinie 16.00 oddajemy cumy. Po minięciu główek portu Nome, wszystkie lądowe sprawy zostają za nami. Przed nami tylko jeden cel, NWP i żegluga przez morza trzech oceanów. Jedynie pozostaje pytanie jak będzie?

Kilka mil po minięciu główek portowych, dogania nas motorówka patrolowa US Coast Guard i dostajemy polecenie, żeby zwolnić prędkość. Trójka uzbrojonych oficerów sprawnie przeskakuje na pokład „Lady Dana 44”. Pozostali zostają na swoim patrolowcu i dokładnie fotografują oraz filmują nasz jacht. Ci co weszli na nasz pokład, zachowują się bardzo oficjalnie, ale jednocześnie są przyjacielscy. Oficerowie ci są bardzo młodymi ludźmi, wśród nich jest jedna sympatyczna kobieta. Sprawdzają dokumenty jachtu i załogi oraz niektóre rzeczy z wyposażenia. Generalnie jest miła rozmowa towarzyska. Widać, że kontrola naszego jachtu jest dla nich atrakcyjnym oderwaniem od codziennej służby. Na pytanie ile jachtów odwiedza Nome w ciągu roku, pani oficer odpowiada, że około pięciu. W przerwie części oficjalnej kontroli jest rozmowa o Polsce. Pani oficer była w Warszawie i ma jakieś dalekie powiązania rodzinne z naszym krajem. Po zakończonej kontroli oficerowie US Coast Guard wracają na swój patrolowiec i życzą nam powodzenia w naszej wyprawie oraz już nie służbowo pozdrawiają machaniem rąk.

Na początek jest spokojna żegluga na silniku pod słaby wiatr przeciwny. Niestety, dalsze prognozy nie są tak optymistyczne. Za dwa dni ma dmuchnąć ponad 30 węzłów z północnego wschodu, czyli sztormowanie pod wiatr, ale o tym staramy się nie myśleć, jakoś będzie i może schowamy się gdzieś w jakiejś zatoczce.

Na tej szerokości geograficznej słońce świeci pod małym kątem i razi w oczy. O północy schodzę z wachty, słońce trochę zachodzi za chmury. To dobrze, bo nad koją mam okienko i nie razi mnie w oczy. Około 2 w nocy robi się trochę ciemniej, to znaczy szarówka, ale do określenia tego, że to noc, jest bardzo daleko. Cała Alaska ma jedną strefę czasową a my jesteśmy daleko na zachód w Cieśninie Beringa, oddzielającej dwa kontynenty, przez którą przechodzi międzynarodowa linia zmiany daty.

Mam czas na trochę refleksji o organizacji życia na jachcie.

Jacht to ważna sprawa. „Lady Dana 44” jest bardzo dobrze wyposażona i czuje się na niej bardzo bezpiecznie, ale świadomość, że płyniemy na jeden z najtrudniejszych szlaków żeglarskich na świecie pozostawia w moich myślach dużo respektu do morza i tego, co może się wydarzyć.

Jacht to nie wszystko, ważną sprawą są ludzie to znaczy kapitan i jego załoga. Przed rejsem dużo myślałem, jak będzie? Jacy ludzie? Układy itp. Przecież jest to teraz mój dom na dwa miesiące. Siódemka facetów zamkniętych na małej powierzchni na łódce zdanej na różne warunki i sytuacje.

Na jachcie najważniejszy jest oczywiście kapitan i tu moje pierwsze wrażenie jest bardzo pozytywne. Ryśka powoli poznaje, czym dłużej jesteśmy razem tym coraz lepiej.

Na jachcie jest ciekawy układ relacji w załodze. Nietypowy i rzadko spotykany na jachtach z wieloosobowa załogą. Po prostu nie ma żadnego podziału na funkcje i nie ma oficerów. Jedynie są trzy stałe wachty dwuosobowe. Ja z Lechem mamy wachty od godziny 20 do 24 oraz w dzień od 8 do 12. Nie trzeba robić żadnej listy wacht bo każdy wie kiedy ma swoją służbę. Nie ma też wacht kambuzowych (kuchennych). Lech, który lubi gotowanie ma okazję wykazywać się swoim talentem w tej dziedzinie a reszta załogi pomaga, bez konkretnych nakazów i dyspozycji. Jak coś jest do zrobienia to trzeba zrobić i nikt nie ogląda się na drugiego.

Na pierwszy morski obiad Lech zaserwował nam steki, podane tak jak w najlepszej restauracji z pytaniem do każdego z nas: jak mają być wysmażone? Zmywanie bez problemu, ręce załogi bez wyznaczania, same rwały się do pracy.

Wszyscy w załodze mają bardzo duże doświadczenie i kwalifikacje żeglarskie w tym jest 4 kapitanów jachtowych, każdy ma świadomość i wie co robić i to jest wielkim atutem tego rejsu.

04 sierpnia o godzinie 10:00, prawą burtą mijamy Cape Prince of Wales, najdalej na zachód wysunięty punkt Ameryki Północnej. Po lewej burcie mamy dwie wysepki malutką Little Diomede należącą do USA i obok niej dużą Big Diomede. Nawet tutaj sprawdza się rosyjskie powiedzenie: „Samoje Bolszoje”.

Trzymamy się blisko brzegu USA. Rysiek, Lechu i Daniel, którzy w zeszłym roku płyneli przez przejście Północno Wschodnie, trochę żałują, że Rosjanie nas nie wywołuję, bo mieliby okazję przekazać pozdrowienia ich przyjaciołom z Prowidienia.

Zmieniamy kurs na północ i suniemy do przodu.

 

05.08.2014

Jesteśmy za Kręgiem Polarnym

4 sierpnia po południu zbliżamy się do Kręgu Polarnego.

Na jachcie zaczynają się przygotowania do tak doniosłej chwili. Na początek jest ankieta w załodze z pytaniem, kto pierwszy raz przekracza ten specyficzny na kuli ziemskiej równoleżnik? (66 stopni i 33.7 minut szerokości północnej)

Znane są chrzty równikowe dla nowicjuszy, ale chrzty polarne, może ze względu na znacznie mniejsza liczbę żeglarzy pływających w Arktyce, są mało znane. Okazuje się, że dwóch z naszej załogi przekracza krąg pierwszy raz. Ja wprawdzie byłem za Kręgiem Polarnym, ale nie jachtem tylko autostopem w Finlandii w dawnych czasach studenckich. Nie zostaje to uznane przez resztę i tylko mogę podsłuchać, jakie atrakcje przygotowywane są na taką okazję dla nas neofitów. Podsłuchana decyzja to mikstura, nie do wypicia.

Patrzymy na GPS, na którym widać przybywające cyferki szerokości geograficznej. Wreszcie jest! Przekraczamy Krąg Polarny.

Najpierw toast, dla nas dwóch neofitów, drink specjalnie przygotowany, niedający się wypić. Wprawdzie malutki kieliszeczek wódeczki, ale z Tabasco i kto wie, co tam jeszcze. Od lat nie piję żadnego alkoholu, ale na taką okazje spróbowałem zamoczyć język. Faktycznie nie dało się wypić, ale dobry Neptun akceptował mnie w Arktyce i dał się przekupić zawartością kieliszeczka. Dobrze się stało, bo pewnie po wypiciu byłbym „prezesem”, to znaczy pierwszym chorującym na chorobę morska podczas naszego rejsu.

Po tym toaście, Rysiek wynosi na pokład karabin, który jest na jachcie dla bezpieczeństwa gdyby niedźwiadki chciałyby zaatakować nas w Arktyce, ale tym razem przydaje się do bezkrwawego celebrowania doniosłej chwili.

Po kolei strzelamy w górę na vivat. Widać że kaliber odpowiedni na dzikiego zwierza, bo po każdym strzale nasze bębenki w uszach przyzwyczajone do szumu wiatru i fal nie wytrzymują.

Po tej celebracji życie pokładowe wraca do normalnej rutyny. Wachta dogląda, jak i gdzie płyniemy. Nie ma potrzeby sterować ręcznie, bo autopilot robi to lepiej. Żaglami nie trzeba się zajmować, bo silnik też w tych warunkach robi lepiej i posuwamy się z prędkością marszową ponad 5 węzłów. Reszta załogi ma „prasówkę” pism przywiezionych z Polski. Sielanka na pokładzie, można powiedzieć „cisza przed burzą”, bo na pewno w lodach Przejścia Północno Zachodniego tak nie będzie.

Obserwuje ciekawe zjawisko, jak słońce w ciągu doby obraca się dookoła nas. W tym miejscu w czerwcu miało pełny obrót bez chowania się w wodę, ale teraz do takiego zjawiska, musimy poczekać jeszcze kilka stopni szerokości geograficznej. Cały czas płyniemy na północ i za 2-3 dni słońce nie będzie rozstawać się z nami przez całą dobę.

O godzinie 24:00 w pięknym słońcu kończę swoją wachtę. Nie jest to północ czasu astronomicznego, bo na zegarkach mamy jeden czas całej Alaski a nasza pozycja jest około 3 godziny dalej od południka strefy czasowej. To znaczy słońce będzie najniżej około trzeciej godziny tzw. nocy, bo w tych warunkach o nocy ciężko mówić.

 

09.08.2014

Krótka informacja telefoniczna – SZTORM !!!

Dzisiaj o 9.25 czasu polskiego zadzwoniła moja komórka. Odebrałam i to był telefon z jachtu Lady Dana 44. Dzwonił Jurek.

Połączenie satelitarne – wiec tylko przekazanie kilku istotnych informacji co się dzieje. Po czterech dobach w sztormie – 8 w skali Beauforta – „Lady Dana 44” dotarła do najdalej  położonego na północy Alaski Przylądka Barrow. Zmiana kierunku płynięcia z północnego na wschodni .

Z przylądka Barrow do Tuktoyaktuk (tam planowany jest kolejny postój) do przepłynięcia mają ok 400 mil morskich. Tuktoyaktuk jest to miasteczko w Kanadzie, na Terytoriach Północno-Zachodnich w regionie Inuvik. Położone na północ od koła podbiegunowego nad brzegiem Oceanu Arktycznego

Na początku rejsu gdzie Jurek zaczynał czyli w Nome pisał, że jest wyjątkowo ciepło. Tam temp była 20 stopni na plusie. Teraz jest już 0 stopni, ale nie ma tragedii bo pod pokładem maja +18.

Ja myślę że to podczas tego chrztu polarnego ów „drink specjalnie przygotowany, nie dający się wypić. Wprawdzie malutki kieliszeczek wódeczki, ale z Tabasco i kto wie co tam jeszcze” prawie w całości oddany Neptunowi spowodował ostry oddech króla oceanów i powiało wtedy mocno .:))  Gdyby to wtedy wypili obaj „neofitowie” a Neptuna poczęstowali dobra whysky to może by sztormu uniknęli.:)))

Ważne że przetrwali i płyną dalej .

Halina Nadolska

10.08.2014

Na Oceanie Arktycznym sztorm, zimno, lód i mgła.

Dzisiaj jest niedziela, mija dokładnie tydzień od wypłynięcia z Nome i prawie tysiil morskich za nami.

Arktyka zdążyła pokazać swoje oblicze. Po dwóch dobach spokojnej żeglugi internetowa prognoza pogody z Griba nie wyglądała zachęcająco.

Minęliśmy „Point Hope” ostatni „Punkt Nadziei” dla nas to znaczy miejsce gdzie była jeszcze możliwość schowania się przed północno-wschodnim sztormem.

Rysiek zawołał przez UKF-ke holownik ciągnący barki, myśląc że może wiedzą coś więcej o lokalnych warunkach pogodowych i lodowych. Nic więcej nie powiedzieli niż to co wiedzieliśmy z naszych informacji z netu. Wywiązała się miła rozmowa, jedynie co zasugerowali to cofnięcie się do tego Point Hope. Nie miało to dużego sensu bo stracilibyśmy zbyt dużo czasu i nie było gwarancji co byłoby dalej, a poza tym sztorm do 8 w skali Beauforta jest do przeżycia. Nasz rozmówca, słysząc o naszych planach żeglugi wyraził swoje zdanie angielskim zwrotem zdziwienia i jednocześnie uznania „O boy, O boy! Niedługo potem holownik z barką zbliżył się do nas i przeciął nam kurs. Prawdopodobnie chciał nas zobaczyć z bliska.

Na okazję spotkania ze sztormem zmieniliśmy dużą genuę na foka, który lepiej sprawdza się w trudnych warunkach a dodatkowo lepiej zwija się na sztagu, bo jest mniejszy i wykonany z mocniejszego materiału.

Wieczorem jeszcze na spokojnej wodzie odbyły się urodziny Lecha. Oczywiście był toast urodzinowy i gromkie STO LAT

Następnego dnia, zaczęło się… Najpierw słońce, które dotychczas krążyło dookoła horyzontu schowało się za chmury. Wiatr zaczął tężeć. Zbliżyliśmy się trochę do brzegu, gdzie mięliśmy mniejszą falę, ale potem zwrot i znowu na odsłonięte morze. Wiatr do ośmiu stopni w skali Beuforta, chwilami trochę słabł do szóstki, żeby znowu pokazać co to znaczy żegluga za Kręgiem Polarnym i tak bez zmian ponad trzy doby.

Wewnątrz jachtu wszystko było na swoim miejscu. Niestety przygody nie ominęły mojego komputera, wyleciał on z mojej koi na podłogę. Wydawało mi się, że był tam dobrze zabezpieczony, ale nie na taki sztorm. Na szczęście nie zepsuł się, bo był dobrze opakowany i mogę pisać tą relacje, ale później już na spokojniejszej wodzie.

Najbardziej sztorm pokazał nam co on potrafi przy przylądku Point Barrow. Krótkie zygzaki po kilkanaście Mil morskich i cały czas ostre piłowanie pod wiatr i przeciwny 3 węzłowy prąd na bardzo zredukowanym foku z pomocą silnika. To dawało szanse płynięcia i wolnego posuwania się do przodu.

Temperatura powietrza spadła do 2 stopni Celsjusza. Bryzgi fal zalewały cały pokład. Najbardziej uciążliwe były uderzenia kadłuba o falę, sprawiające wrażenie jakby stalowy jacht miał się rozpaść, ale „Lady Dana 44” bardzo dobrze dawała sobie radę. Coraz bardziej przekonywałem się, że to bardzo dzielny jacht i czuje się na nim bezpiecznie.

Jest na nim duży komfort żeglugi. To, co najbardziej dokucza żeglarzom w tym rejonie to temperatura. Mamy podział na trzy jachtowe temperatury. Pierwsza to ta powietrza na zewnątrz, około zera st. C, druga w „przedsionku” to znaczy pod stalową budą osłoniętą z tyłu brezentem z miękkimi szybami, gdzie utrzymuje się około 10 st. C. W kabinie jachtu mamy około 18 st. C.

Normalnie wachta pokładowa nie musi marznąć na wietrze, wystarczy od czasu do czasu wyjść z budki i zrobić z żaglami, albo kursem to co potrzeba. Jak pokazały się później góry lodowe to o wygrzewaniu się w budce już nie było mowy.

Point Barrow najbardziej na północ wysunięty punkt stałego lądu kontynentu północno amerykańskiego okazał się dla nas bardzo trudny do zdobycia. Przeciwne prądy kręcące z różnych kierunków i sztormowy wiatr bronił minięcia tego punktu zwrotnego na trasie Northwest Passage.

Wreszcie udało się 9 sierpnia o 08.00 akurat przy zmianie wachty mogliśmy zmienić kurs na wschód.

Dalej nie było łatwo bo też trzeba było trochę zygzakować (halsować) pod wiatr ale to już był relaks w porównaniu do ostatnich dni.

Dla odmiany temperatura spadła do zera. Nawet w słońcu było zimno i na wachtę trzeba było dobrze ubierać się, ciepłe rękawice to podstawa.

Po południu pokazały się pierwsze górki lodowe. Podczas słonecznej, ale mroźnej pogody, nawet całkiem przyjemnie było je omijać, tylko minimalnie zmieniając kurs.

Przypomniała mi się żegluga przy lodowcach południowej Alaski, ale tutaj jest trochę inaczej. Tam starałem się płynąć przez pole lodowe żeby dotrzeć jak najbliżej do czoła lodowca a potem z powrotem. Tutaj nie ma wyboru trzeba płynąć do przodu jeżeli chcemy przepłynąć Northwest Passage.

Dzisiaj 10 sierpnia, jesteśmy już ponad 100 Mm na wschód od Point Barrow.

O godzinie 08:00 wyszedłem na wachtę. Świeciło piękne słońce, ale w Arktyce wszystko może zmienić bardzo szybko. Wkrótce wpłynęliśmy we mgłę bardzo ograniczająca widoczność. W takiej mgle trudno wypatrzyć kolejne górki lodowe. Zaparowane szyby w budce ograniczają widoczność, dlatego aby lepiej widzieć trzeba stać na zewnątrz

Niektóre górki lodowe, większe od kadłuba jachtu dostrzegałem dość późno, ale sprawnie byłem w stanie je ominąć. W takiej sytuacji przychodziły mi do głowy różne myśli, najważniejsza z nich to świadomość, że sam stoję na pokładzie i wypatruję ten niebezpieczny lód, a tam w środku, w cieple jest szóstka kolegów których bezpieczeństwo zależy w tym momencie ode mnie.

Wojtek Wejer z Toronto, który pilotuje jachty płynące przez Northwest Passage powiedział w satelitarnej rozmowie telefonicznej, że w tej okolicy możemy spodziewać się więcej lodu przy brzegu. Jesteśmy już blisko podanej przez niego długości geograficznej. Zobaczymy jak będzie.

 

14.08.2014

Koniec Alaski, jesteśmy w Kanadzie – cz.1

11 sierpnia pojawiło się coraz więcej lodu przy brzegu. Musieliśmy go znowu omijać. Wpłynęliśmy na bardzo płytką wodę o głębokości 6 do 7 metrów, gdzie było znacznie mniej lodu. Większe górki lodowe zatrzymywane były przez płyciznę. To co widać nad wodą to tylko około jednej dziesiątej objętości całej masy lodowej .

Przed nami pokazały się wybudowane na sztucznych wyspach platformy wiertnicze, z których wydobywana jest ropa naftowa. Do jednej takiej zbliżyliśmy się bardzo blisko i cała nasza załoga wyszła do kokpitu, żeby obejrzeć i sfotografować, taką atrakcje. Po tygodniu nie oglądania lądu z bliska było to dla nas interesujące. Potem mijaliśmy kolejne platformy, ale już bez takiego zainteresowania.

W tym rejonie wydobywana jest ropa naftowa i rurociągami biegnącymi ponad 1000 km przez całą Alaskę pompowana jest do portu Valdez.

Ćwierć wieku temu miała tam miejsce wielka katastrofa tankowca „Exxon Valdez”. Olbrzymie ilości ropy zostały rozlane do wody Prince William Sound, w wyniku czego nastąpiło duże zanieczyszczenie środowiska naturalnego. Byłem tam moim jachtem „Varsovia” 10 lat temu, czyli 15 lat po katastrofie i jeszcze w niektórych miejscach widoczne były skutki tej katastrofy.

Po płytkiej i gładkiej wodzie sunęliśmy jak na skrzydłach, ostro do wiatru, tylko na małym foku z pomocą silnika. Prędkość była ponad 7 węzłów to znaczy więcej niż głębokość liczona w metrach. Po lewej burcie mijaliśmy kolejne małe wysepki a po prawej brzeg. Dalej już nie można było korzystać z płycizn wolnych od lodu. Było za płytko, zrobiliśmy zwrot i poszliśmy na głębszą wodę.

O godzinie 24:00 minęliśmy lewą burtą Cross Island, miejsce gdzie zatrzymał się na noc, dla odpoczynku w przechodzeniu przez pole lodowe polski jacht „Stary” (w roku 2006). Sytuacja okazała się dla nas podobna, bo weszliśmy również w pole lodowe. Oni płynęli tutaj po przejściu cieśnin kanadyjskich NWP a my jesteśmy w tym miejscu znacznie wcześniej w drodze do tych cieśnin.

Widoczność w nocy była nie najgorsza, ale w dzień byłoby lepiej lawirować w lodzie. Rysiek zdecydował na zatrzymanie się na kotwicy pod osłoną Narwhal Island, 10 Mm na południowy wschód od Cross Island.

Przyjemnie było przespać się i odpocząć na postoju. Wachta kotwiczna miała zajęcie, bo trzeba było odpychać lód wciskający się pomiędzy łańcuch kotwiczny i stalowy kadłub jachtu.

Rano dłuższe spanko i śniadanko w południe. Potem drobne prace jachtowe, przepompowanie paliwa. Daniel wszedł na maszt obejrzeć sytuacje lodową. Jego oględziny były optymistyczne i ruszyliśmy w drogę.

W piękną słoneczną pogodę łatwiej było manewrować pomiędzy lodem, ale nie zawsze dawało się ominąć i nie jedna mała bryłka lodu uderzała o kadłub jachtu.

Na zewnątrz było dość zimno, niewiele ponad zero stopni, ale prawie wszyscy siedzieli w kokpicie i z zainteresowaniem oglądali jacht manewrujący pomiędzy górkami lodowymi. Chwilami robiło się dość gęste zalodzenie i dziobowy ster strumieniowy bardzo przydawał się do omijania pływającego lodu

W tej słonecznej, ale surowej arktycznej scenerii, była okazja do zdjęć i filmowania. Trochę żałowałem, że to nie moja wachta, bo na pewno zrobiłbym dużo ciekawszych ujęć filmowych. Żeby nie marznąc na pokładzie schowałem się do ciepłego wnętrza jachtu z nadzieją, że jeszcze nie raz w tym rejsie będę miał okazję do filmowania ciekawych ujęć lodowych.

Tymczasem „Lady Dana 44” przebijała się dalej przez pole lodowe. Przypomniało mi się żeglowanie, tylko 6 miesięcy temu po Francuskiej Polinezji. Tak odległe zakątki świata, inne klimaty i inne żeglowanie, ale można znaleźć dużo podobieństwa. Tam wyspy otoczone są rafą koralową, stanowiącą naturalny falochron od zburzonego oceanu a tu takim falochronem jest pole lodowe. Pękający lód arktyczny dryfuje pchany wiatrami oraz prądami morskimi i siada na dnie w pewnym dystansie od brzegu. To powoduje spokojną żeglugę po gładkiej wodzie, tak jak w lagunie polinezyjskiej, z silnym wiatrem z otwartego morza. Bardzo podobnie, ale jednocześnie odmiennie, bo na przykład różnica temperatur wody. Tam było prawie 30 st. C. a tutaj temperatura wody jest na pograniczu zera. Przy Point Barrow mięliśmy nawet poniżej zera, czyli powinna zamarznąć zgodnie ze szkolną lekcją fizyki. Nawet padła propozycja żeby sprawdzić, czy to prawda i chcieliśmy zrobić doświadczenie naukowe, czyli zanurzyć butelkę słodkiej wody do wody słonej za burtą i zobaczyć czy zamarznie.

Po lawirowaniu w tej arktycznej „rafie” lodowej jacht wyraźnie zaczął podskakiwać na fali niesionej wzmagającym się wiatrem wschodnim. Czyli znowu pod wiatr z godziny na godzinę tężejący do siły 7 stopni Beauforta.

Kolejny dzień 11 sierpnia bez większych zmian, halsówka pod wiatr, chwilami słabnący, żeby za chwilę znowu pokazać co to jest Arktyka.

W nocy 12 sierpnia minęliśmy 141 stopień długości geograficznej zachodniej, który wyznacza granicę USA i Kanady.

Rano 13 sierpnia Lechu wymienił banderkę pod salingiem i obraliśmy kurs do odległego o około 150 Mm, kanadyjskiego porciku Tuktoyaktuk, gdzie mamy zaliczyć odprawę graniczną.

Wiatr bardzo osłabł i cały dzień płynęliśmy tylko na silniku.

Zbliżając się do ujścia rzeki Mackenzie temperatura wody bardzo wzrosła, aż do 8 st. C. Z tego powodu było wielkie poruszenie i radość na jachcie. Nie dlatego, że byli chętni na kąpieli w „gorącej” rzece, jak na tutejsze warunki, ale to że będzie można włączyć odsalarkę wody morskiej, która przy temperaturze wody zaburtowej poniżej 4 st. C produkuje niesmaczna słodka wodę.

W zbiornikach jachtu wody nam nie brakuje, ale wiadomo jak na każdym jachcie gospodaruje się nią bardzo ostrożnie, bo nie wiadomo, kiedy będzie okazja do następnego tankowania. Mycie naczyń robiliśmy głównie w zimnej zaburtowej wodzie, tylko z niewielkim dodatkiem słodkiej ciepłej do popłukania końcowego.

Mamy na jachcie normalną łazienkę z prysznicem, ale też trochę ograniczaliśmy wygrzewanie się w takim luksusem jachtowy. Z tej okazji wszyscy ustawili się w kolejce do prysznica, żeby zużywać starą wodę ze zbiorników i zwolnić miejsce dla krystalicznie czystej wody z odsalarki.

Odsalarka pracującą z wydajnością 70 litrów na godzinę szybko napełniła wszystkie jachtowe zbiorniki.

14 sierpnia zbliżyliśmy się do wejścia do portu Tuktoyaktuk, który położony jest w zatoce z płyciznami, które trzeba było omijać z dużą ostrożnością. Okazało się, że wejście do portu jest bardzo dobrze oznakowane pławami i nabieżnikami. Pławy wystawiane są tylko na krótki okres letni, bo przez większą część roku całe morze jest pokryte grubą warstwą lodu.

Zawołałem przez radio zarząd portu, na co odpowiedziała straż brzegowa. Na moje pytanie o aktualne warunki w porcie, gdzie jest możliwość zacumowania, odprawa graniczna itp., nie dostałem żadnej odpowiedzi. Pierwsza nasza próba cumowania do dużego pirsu portowego nie powiodła się, ponieważ nas delikatnie mówiąc wyproszono. Znaleźliśmy mały pomost obok stacji paliwowej, do którego z kolei nie mogliśmy dobić, bo było zbyt płytko. Ostatecznie rzuciliśmy kotwicę i rufą dopłynęliśmy do tego pomostu. Pierwszy raz w Północnej Ameryce przydał się rufowy trap, stale wożony przez „Lady Dana 44”. W Europie jest to typowy sposób cumowania do pomostów w zatłoczonych portach, ale rzadko stosowany w Ameryce.

Pierwsza sprawa do załatwienia po cumowaniu w nowym kraju, to odprawa graniczna. Dla mnie to był powrót do mojego kraju, ale mój dom w Vancouver jest stąd odległy ponad 2.500 km. Z tego powodu Rysiek wyznaczył mnie „lokalnego mieszkańca” do znalezienia władzy. Ruszyłem, więc do miasteczka. Normalnie odprawy graniczne w portach załatwiają władze imigracyjne i celne, ale na takim dalekim odludziu, wszystkie te funkcje sprawuje Policja RCMP. Idąc po pustej uliczce, spotkałem pierwszych ludzi przy budynku lokalnej radiostacji „CFCT Tuktoyaktuk”. Uczynna kobieta w radiostacji zadzwoniła do policji i żartując powiedziała, żebym wracał na jacht bo zaraz przyjedzie policja z kajdankami, co pokazała gestem swoich rąk.

Przyjechała młoda, bardzo sympatyczna policjantka w pełni uzbrojona we wszystkie akcesoria policyjne, ale obyło się bez używania kajdanek. Zabrała tylko dokumenty jachtu oraz nasze paszporty. Po tym wzięła mnie na wycieczkę radiowozem po miasteczku i pokazała mi gdzie jest komisariat, do którego mamy zgłosić się jutro w celu dokończenia odprawy graniczne. W powrotnej drodze na jacht, pokazała mi inne ważniejsze miejsca w miasteczku. Powiedziała, że wielkim problemem w miasteczku jest alkohol, Nie jest on zabroniony, ale podlega ograniczeniom. Nie można go kupić normalnie w sklepie. Trzeba zamawiać jego dostawę z limitem na osobę.

Wszystkie zabudowania wykonane są z drewna. Większość do małe domki jednorodzinne, ale jest też kilka budynków rządowych, samorządu ludności miejscowej, dom kultury, przychodnia lekarska, szpital, boisko sportowe z małymi trybunami i kilka sklepów. Wszystkie budynki są bez piwnic, ale na słupach podwyższających wejścia do środka, ponieważ zimą śniegu tutaj nie brakuje. W każdym publicznym budynku jest napis, żeby zdejmować buty i zostawiać je przy wejściu. Przy wielu domkach mieszkalnych widać duży bałagan, stary sprzęt i urządzenia, z którymi lokalni nie wiedzą co robić.

Obok pomostu, do którego cumowaliśmy są historyczne „domki eskimoskie” to znaczy nie Iglo, ale ziemianki wykonane z drewna i przysypane torfem. Obecnie rozsypują się, ale stanowią ciekawy skansen i przykład jak kiedyś ludzie tutaj mieszkali. Roślinność jest bardzo uboga, nie ma drzew i wszędzie widać tylko gołą ziemie. Teren jest płaski z duża ilością jeziorek i lagun.

Ulice są bardzo szerokie, żeby zimą było miejsce na odśnieżanie. Tylko jedna główna ulica Beaufort ma utwardzenie, reszta do żwirówki.

Lokalny cmentarzyk jest trochę zaniedbany. Ciekawostką są kwiaty na grobach, przykryte plastikiem, bo na zimnie i wietrze nie utrzymałyby się długo.

Czas nagli i nie mamy czasu na dłuższe zwiedzania, trzeba płynąć dalej.

 

19.08.2014

Pobyt w porcie miał być krótki ….

15 sierpnia, drugi dzień postoju w Tuktoyaktuk. Pobyt w porcie miał być krótki, ale jak to w żeglarstwie bywa, nie można wszystkiego dokładnie zaplanować.

Potrzebowaliśmy zatankować około 700 litrów paliwa. Gdyby była normalna morska stacja paliwowa z pomostem przy niej, to zajęło by to niewiele czasu. Tutejsza stacja typu samochodowego zlokalizowana jest tylko około 100 metrów od pomostu, przy którym cumowaliśmy, ale tankowanie okazało się złożonym procederem. Najpierw przy pompie było napełnianie kanistrów, potem przewożenie ich pożyczonym wózeczkiem na pomost, wniesienie a właściwie spuszczanie ich na pokład po rufowym trapie i dopiero wtedy wlewanie do zbiorników jachtowych. Właśnie to wlewanie zajmowało dużo czasu. Żeby niechcący nie rozlewać paliwa po pokładzie, stosowaliśmy rurkę zasysająca z kanistra. Trwało to dość wolno i nie zdążyliśmy wypełnić zbiorników do pełna, przed zamknięciem stacji paliwowej.

Gdyby chodziło tylko o paliwo to moglibyśmy pośpieszyć się, ale prognoza pogody znowu była niekorzystna. Dodatkowo odprawa graniczna też wydłużała się, bo w komisariacie lokalny policjant kontaktował się z centralą odległą tysiące kilometrów stąd. W sumie nie dało się załatwić w tym dniu i musieliśmy czekać do następnego dnia na jakieś końcowe urzędowe papierki.

W między czasie poszedłem z komputerem do miasteczka żeby podłączyć się do jakiegoś Internetu. Na jachcie mamy Internet satelitarny, ale z wiadomych względów ograniczamy jego używanie, to znaczy koszt i wielkość wysyłanych plików. Tylko niektóre telefony komórkowe tutaj działają, nie ma też żadnej kafejki Internetowej, pubu lub hotelu gdzie zwykle w innych miejscach na świecie najłatwiej jest znaleźć możliwość podłączenia się do sieci. W jednym miejscu udało mi się złapać jakąś publiczną sieć nie zablokowaną hasłem i mogłem zalogować się na Skype, W ten sposób wysłałem do Polski kolejną relację ze zdjęciami oraz mogłem rozmawiać ze światem, ale z innymi stronami miałem problem.

W poszukiwanie lepszego netu odwiedzałem róże budynki typu publicznego. Wszędzie to samo to znaczy mają net tylko dla urzędowych celi i nie chcieli dać mi hasła do logowania.

W tej wędrówce po miasteczku, trafiłem do domu opieki seniorów. Bardzo ładny budynek, cieplutko i przytulnie w środku, ale bez netu. Spotkałem tam sympatyczną policjantkę RCMP, która poprzedniego dnia zaczęła naszą odprawę graniczną. Powiedziałem jej o moich problemach z netem, na co ona zasugerowała mi inne miejsca gdzie może będzie net z którego mógłbym skorzystać. Zaprosiła mnie do radiowozu i obwiozła po kilku takich miejscach, ale bez skutku, bo wszędzie było zamknięte. Bardzo byłem zaskoczony jej życzliwością, ale nie dziwiłem się zbytnio, bo była ona na służbie patrolowania miasteczka i rozmowa ze mną na pewno uatrakcyjniała jej rutynową pracę. Właśnie była pod wrażeniem, że mają „lokatora” w areszcie, co rzadko zdarza się w tej malej miejscowości, liczącej niewiele ponad tysiąc mieszkańców. Zapytałem co narozrabiał aresztowany? Okazało się że po prostu był pijany i żeby mu nie stało się coś złego, żeby mu było ciepło to… zamknęli go do aresztu. Alkoholizm jest głównym problemem w miasteczku.

Dalej rozmowa zeszła na tematy przestępczości, która jest tutaj na niskim poziomie. Według pani policjantki mieszkańcy nie są agresywni w stosunku do odwiedzających. Jedyna przemoc to najczęściej lokalne problemy pomiędzy mieszkańcami. Ludność lokalna wygląda na przyjazną. Dużo osób mijanych na ulicy mówi Hi i chcą nawiązywać rozmowę.

Pisząc tą moją opinię o Tuktoyaktuk przypomniała mi się książka pt. „Morskim Szlakiem Polonii 2010-11”, której ja jestem również współautorem we fragmentach dotyczących pobytu jachtu „Solanus” w Vancouver. Opisywane w książce wrażenia załogi tego jachtu o Tuktoyaktuk różnią się od moich obecnych. Zastanawiam się czy cztery lata mogły tak bardzo zmienić opinie odwiedzających żeglarzy? Zachęcam do przeczytania tej książki, która jest na PDF do bezpłatnego pobrania ze strony jachtu „Solanus”

http://solanus.bydgostia.org.pl/Morskim_szlakiem_Polonii_2010-2011.pdf

Po tej wycieczce radiowozem pani policjantka podwiozła mnie do pomostu, gdzie wcześniej stała „Lady Dana 44”. Przycumowanego jachtu tam nie było, tylko Daniel stojący na pomoście, znaczącymi gestami wymachiwał rękoma do jachtu stojącego na kotwicy w pewnej odległości.

Jak się okazało, rozdmuchał się silny wiatr, kotwica w mulistym dnie nie trzymała i jacht zacumowany rufą niebezpiecznie zbliżał się do pomostu. Rysiek zdecydował na szybkie odpłyniecie. Przy manewrze odcumowania Daniel nie zdążył wejść na pokład i został na pomoście.

Koledzy na jachcie zaczęli przygotowywać ponton, żeby nas przywieść na jacht. Wiatr rozdmuchujący się do 8 stopni Beauforta, nawet na osłoniętej portowej wodzie powodował krótkie i wysokie fale i na naszym małym pontoniku byłoby trudno przeprawić się. Razem z Danielem poszedłem poszukać kogoś lokalnego, kto ma łódkę na brzegu, żeby poprosić go o transport na jacht. Miałem trochę wątpliwości, czy ktoś będzie chętny na pomoc przy takim dmuchu. Okazało się, że życzliwych mieszkańców nie zabrakło i dość szybko podpłynęliśmy do jachtu na dużej aluminiowej motorówce. Za tą życzliwość odwdzięczyliśmy się naszym dwóm przewoźnikom w tradycyjny sposób…, stosowanym przy takich okazjach w wielu miejscach na świecie.

Po powrocie na jacht wiatr rozdmuchał się coraz bardziej, osiągając siłę 9 st. Beauforta. Dla bezpieczeństwa podnieśliśmy kotwicę i przestawiliśmy się w inne bardziej osłonięte miejsce. Niebo i morze pokazało się w kolorze czerwonym, tak jakby koś rozlał krew żeglarzy, którzy przez lata zdobywając Northwest Passage stracili swoje życie. Na zewnątrz wiał sztormowy wiatr a wewnątrz jachtu było przyjemnie i ciepło. Dla „ochłodzenia” się po wrażeniach, oglądaliśmy na dużym ekranie film z rejsu francuskiego jachtu płynącego naszą trasą w roku 2003. Szczególnie mrożące krew w żyłach były profesjonalnie nakręcone ujęcia tego jachtu uwięzionego w lodach. Świadomość, że za kilka dni będziemy w tych miejscach dodawało respektu do Arktyki.

16 sierpnia wiatr trochę osłabł i przestawiliśmy się znowu do pomostu. Zacumowaliśmy tak samo jak dzień wcześniej i dokończyliśmy tankowanie.

O godzinie 17:05 oddaliśmy cumy rufowe i jednocześnie podnieśliśmy kotwicę. Pierwsze kilkanaście mil żeglugi było całkiem przyjemne, bo płynęliśmy pod osłoną brzegu, ale później wyszliśmy na bardziej otwarta wodę. Znowu zaczęła się halsówka pod wiatr. Prognoza pogody przewidywała za jedną dobę, znowu sztormowe wiatry. Żeby nie trącić czasu chcieliśmy przepłynąć około 100 Mm do Cape Batherst i ewentualnie przeczekać ten sztorm na kotwicy w zatoczce przed tym przylądkiem. Niestety nasze halsowanie przez całą dobę, posuwało nas do przodu zbyt wolno i sztorm dopadł nas przed tym przylądkiem. Nie było wyboru i krótkimi halsami posuwaliśmy się do przodu.

Następna doba 18 sierpnia, była podobna bez zmian. Wiatr o sile 7 st. Beauforta, w porywach nawet więcej. Powolutku zdobywaliśmy każdą milę do przodu. Wieczorem trochę zaczynało się uspokajać. Prognoza Ugrib, za kilkanaście godzin pokazywała słabiutkie wiatry, nawet zmieniające na bardziej korzystne, ale trzeba było tam dopłynąć w ten rejon za Cape Parry

19 sierpnia rano wyjątkowo dobrze spało mi się w mojej koi. Jak zwykle o 8 rano miałem rozpocząć swoja wachtę, zwykle budziłem się sam, albo nie spałem, bo nie zawsze było to możliwe na sztormowej fali rzucającej jachtem. Najgorsze były silne uderzenia jachtu spadającego z fali, tak silnie, że podrzucało mnie na koi najpierw do góry, potem spadałem czasami obok, dobrze, że cały czas jeszcze w koi. Zależnie od halsu, albo bliżej burty albo wciskało mnie w fartuch z drugiej strony koi.

Tym razem sunęliśmy po w miarę gładkiej wodzie i dlatego dobrze mi się przysnęło, że nawet schodząca wachta musiała mnie obudzić.

Na pokładzie a właściwie w osłoniętej budce było bardzo przyjemnie wachtować, Cieplutko i święcące słońce dodawało uroku żegludze. Na zewnątrz temperatura była prawie 9 st. C a pod osłoną budki drugi termometr rozgrzany słońcem, pokazywał nawet ponad 20 stopni C. Pamiętając, że jesteśmy bardzo daleko za Kręgiem Polarnym, taką żeglugę można określić jak w tropikach.

Temperatura wody też wzrosła ponad 6 st. C, to znaczy że nasza odsalarka znowu mogła produkować dobrą wodę. Znowu ustawiła się kolejka do prysznica. Zmywanie naczyń w gorącej wodzie to też wielka satysfakcja.

Pierwszy raz w tym rejsie postawiliśmy grota. W kokpicie podnieśliśmy tylną zasłonę budki, Rzadko bywa, ale tym razem nie tylko wachta siedziała na pokładzie.

Na najbliższe dni prognozy są bardziej sprzyjające, ale do Cambridge Bay mamy jeszcze około 400 Mm.

21.08.2014

20 sierpnia cały dzień wspaniała żegluga, pierwszy raz pod pełnymi żaglami. Umiarkowany wiatr najpierw z baksztagu a potem przeszedł do pełnego czyli od rufy, ale niestety osłabł. Zwinęliśmy foka i z pomocą silnika, żeby utrzymać odpowiednią prędkość sunęliśmy po wodzie w dobrym dla nas kierunku.

Do Cambridge Bay było jeszcze ponad 200 Mm czystej od lodu wody, nawet dalej aż do Gjoa Haven według informacji też nie ma lodu. Martwiło nas to, że dalej jest jeszcze stały lód nie dający możliwości przepłynięcia. Z wcześniejszych rozmów z Wojtkiem Wejerem z Toronto wiedzieliśmy, że kilka jachtów już zrezygnowało z przepłynięcia Northwest Passage w tym roku.

Staraliśmy się głośno nie dyskutować na ten temat, bo każdy z nas wie co to oznacza, czyli nie zrealizowanie celu i co dalej? Zostawić jacht na zimowanie w Cambridge Bay? Wracać do Vancouver przez lody Alaski, które już niedługo zamkną drogę, nie mówiąc już o żegludze w sztormach Północnego Pacyfiku? Ciężko było myśleć o tym, ale chyba każdy z nas po swojemu rozmyślał te sprawy. Pomimo tego w załodze panował nastrój optymistyczny, że lody puszczą.

Po południu Rysiek zadzwonił do Wojtka Wejera, który przekazał bardzo optymistyczna wiadomość, że lody w krytycznych cieśninach zaczynają powoli puszczać i na „upartego” może być możliwość przepłynięcia. Za tydzień kiedy będziemy się tam zbliżać sytuacja lodowa powinna być lepsza. Ta wiadomość dodała nam nadziei i chyba poprawił się nasz nastrój.

Na jachcie mamy Internet satelitarny, ale na razie nie ściągamy mapek lodowych, bo to są duże pliki. Po zeszłorocznym przepłynięciu „Lady Dana 44” przez Northeast Passage do Vancouver Rysiek zapłacił astronomiczny rachunek za telefon i Internet satelitarny. Obecnie używamy tej zdobyczy techniki z pewnymi ograniczeniami ale bez przesady, w miarę normalnie do krótkich rozmów telefonicznych z naszymi rodzinami. Jak będziemy bliżej zalodzonych odcinków trasy to oczywiście będziemy ściągać z netu i analizować mapki zalodzenia. Ugrib, czyli mapki wiatrowe Rysiek ściąga prawie codziennie, pomimo że prognoza ta podaje sytuacje 7 dni do przodu.

Czytelnicy internetowej strony naszej wyprawy na pewno zastanawiają się jaką drogą przekazywane są te informacje. Ograniczony Internet satelitarny nie daje mi możliwości bezpośredniego edytowania mojej strony. W tej sytuacji, tekst piszę ja na komputerze w programie „Word” i gotowy załącznik Rysiek wysyła mailem satelitarnym do Polski do mojej koleżanki Haliny Nadolskiej (https://www.youtube.com/user/hana55100) z załogi jachtu „Solanus”, która z kolei umieszcza otrzymaną informacje na mojej stronie: www.arctic2014.bloog.pl

Cały czas posuwamy się na wschód a od kilku dni, również trochę na południe. Przecinamy kolejne strefy czasowe. Na naszej szerokości geograficznej, to znaczy około 70 stopnia, każde 15 stopni długości geograficznej, czyli jedną godzinę strefy czasowej przecinamy, co jakieś 300 Mm. W rezultacie tego, ja kończąc swoją wachtę jak zwykle o północy, widzę, że jest coraz ciemniej, bo słońce każdego dnia zachodzi wcześniej. Dodatkowo z dnia na dzień zbliżamy się do jesieni i z tego powodu również ubywa dnia. W pobliżu Point Barrow, gdzie byliśmy niecałe trzy tygodnie temu słońce chowało się za widnokrąg na bardzo krótki okres czasu a teraz mamy prawie prawdziwą, ale krótką noc. Na otwartej wodzie bez lodu to żaden problem, ale nocna żegluga w lodach na pewno nie będzie łatwa.

21 sierpnia rano, jak zwykle o 8 rano wyszedłem na swoją wachtę. Widok Arktyki zachwycił mnie. Poczułem się jak w „tropikach”. Wprawdzie temperatura powietrza była około 7 stopni C., ale pięknie świeciło słońce, niebo było bez żadnej chmurki i wiał słabiutki wiatr z rufy. To chyba była nagroda Neptuna za te wcześniejsze sztormy. Swoją wachtę tym razem pełniłem nie w budce z zaparowanymi szybami tylko leżałem z przodu na tych szyb, „wygrzewając” się na słońcu. Nawet pomyślałem o olejku do opalania, którego nie zabrałem na tą arktyczną wyprawę. O sterowaniu nie trzeba było myśleć, bo cały czas płyniemy na autopilocie.

Podczas tak ładnej pogody, była okazja do strzyżenia dwóch zarośniętych głów. Kapitan poszedł na pierwsze rżnięcie a za nim Lechu.

Tymczasem po dwóch stronach naszego kursu przesuwały się kolejno mijane małe wysepki i odległe, ale dobrze widoczne brzegi, z prawej stałego kontynentu Północnej Ameryki a z lewej wyspa Victoria.

W naszej załodze jest dwóch pisarzy relacjonujących wyprawę. Ja piszę relacje bardziej pod kątem aktualnych wydarzeń a Daniel pisze swoje refleksje natury ogólnej. W ten sposób w pewnym sensie uzupełniamy się. Wszystkie relacje Daniela są na stronie jachtu „Lady Dana 44” w zakładce blog. Zachęcam do odwiedzania tamtej strony, gdzie można znaleźć więcej informacji o jachcie i innych rejsach tego jachtu. Link do strony: www.ladydana44.pl

Może ja również po tej wyprawie Northwest Passage, napiszę następną książkę zawierającą więcej moich osobistych refleksji na bazie wydarzeń z wyprawy, podobnie jak napisałem w mojej książce pt. „Samotnie przez Pacyfik – Varsovią na Hawaje”. Można ją słuchać i oglądać w wersji audio video:

www.youtube.com/user/rejshawaje

 

22.08.2014

Po południu wpłynęliśmy do Cambridge Bay. Zacumowaliśmy do jedynego tutaj pomostu, ale niestety nie możemy tutaj stać dłużej, bo pomost jest zarezerwowany, musielibyśmy stanąć na kotwicy i prawdopodobnie niedługo wypłyniemy dalej.

 

22.08.2014 Cambridge Bay do Gjoa Haven

22 sierpnia, tym razem wychodząc na ranną wachtę słońce było trochę zachmurzone, ale w kokpicie sucho i przyjemnie. Na jachcie pewne poruszenie, bo  zbliżaliśmy się do portu Cambridge Bay. Jak zawsze przed każdym wejściem do portu, powstają pytania jak i co tam będzie? Co tam czeka na nas itp.

Port Cambridge Bay jest największym miastem Arktyki Kanadyjskiej, ale portem to jest tylko z nazwy bo jest to tylko zatoczka z jednym malutkim pomostem i nic więcej, to co normalnie można zobaczyć w każdym normalnym portowym mieście.

Około 2 Mm przed tym pomostem zawołałem przez radio zarząd portu. Do takich portowych konwersacji radiowych zwykle do obsługi UKF-ki Rysiek wyznacza mnie. Może dlatego, że mam duże doświadczenie  z mikrofonem, albo dlatego, że jestem „lokalnym” Kanadyjczykiem pomimo, ale prawie 3 tysiące kilometrów od swojego domu. Od szkolnych lat jestem krótkofalowcem a w latach 80-tych, już ubiegłego stulecia kierowałem i przygotowywałem jedyny środek medialny w języku polskim w tamtych czasach Polski Program Radiowy w Vancouver.

Podczas tych radiowych konwersacji kapitan Rysiek, zajęty był manewrem podejścia do portu. Tym razem rozmowa nie była zbyt ciekawa. Na moje pytanie o lokalne warunki w porcie i możliwość cumowania do pomostu nie dostałem żadnej konkretnej odpowiedzi.

Podczas manewru dobijania do tego pomostu, wszyscy byliśmy zajęci na pokładzie. W tym momencie zarząd portu zawołał nas przez UKF-kę, odpowiedziałem i usłyszałem niezbyt ciekawe instrukcje.

Rysiek zajęty manewrem nie słyszał, co powiedzieli i zapytał mnie co powiedzieli? Ja niezbyt entuzjastycznie odpowiedziałem, że delikatnie mówiąc powiedzieli, żebyśmy wynosili się na kotwice, bo pomost na jedną dobę będzie zajęty na jakąś lokalną imprezę.

Natychmiast po zacumowaniu, na pomoście zjawił się jakiś cywil i przestawił się, że jest z Policji Federalnej. Potwierdził on to, co wcześniej usłyszałem przez radio i zapytał, czy może wejść na pokład jachtu. Nie był w mundurze oficera i dlatego po wejściu do mesy jachtowej, rozwinął harmonijkę swoich urzędowych legitymacji. Rysiek zerkną na nie bez większego zainteresowania a ja później zapytałem, kogo on właściwie reprezentuje, czy RCMP (Kanadyjska Królewska Konna Policja), bo trochę nie jasno przedstawiał się wcześniej. Potwierdził, że tak, jest oficerem RCMP, ale prawdopodobnie nie używał tej nazwy, bo widząc „egzotyczną” rzadko spotykaną na tych wodach Polską Banderę, myślał że nie znamy kanadyjskich nazw.

Rozpoczęła się urzędowa, ale całkiem mila rozmowa. Wyjaśnił nam, co i gdzie jest w miasteczku. Okazało się, że jest on również żeglarzem, ale pływa tylko na małych łódkach regatowych. Interesował się żeglarstwem i naszymi planami.

Był to piątek i w miasteczku zaczynały się jakieś imprezy kulturalne i pomost miał być zajęty z tego powodu. Pozwolono nam stać do godziny 18:00 a potem powinniśmy przenieść się na kotwicę na 24 godziny. Potem moglibyśmy wrócić i cumować do pomostu.

Na jachcie mamy ponton, czyli dinghy do transportu na ląd podczas postojów na kotwicy, ale nie jest on, przygotowany do łatwego użytkowania. Trzeba rozłożyć, napompować i dalej dużo kolejnych czynności żeby dostać się na brzeg. Jachty w Ameryce i innych rejonach świata, mają zwykle dinghy tak przygotowane, żeby w łatwy sposób używać je, bo jest to niezbędne w takich rejonach. Jachty europejskie bardziej są nastawione do pływania od portu do portu z pomostami i nabrzeżami.

Dla nas najważniejsze było paliwo, którego wprawdzie w zbiornikach mamy dużo. Na pewno wystarczyłoby nam do Grenlandii, ale jak zwykle, lepiej mieć więcej, żeby nie mieć problemu gdzieś dalej gdzie mogą okazać się trudności z tankowaniem. Stacja paliwowa była blisko pomostu i szybko zaczęła się akcja wożenia kanistrów.

Pobiegłem z komputerem szukać dostępu do Internetu. Wskazany przez oficera RCMP hotel odmówił mi użycia ich sieci, motywując, że mają sporo gości a net ich jest bardzo wolny i słaby. Pracownik hotelu polecił mi bibliotekę publiczna gdzie jest net. Dotarłem tam i dostałem bez opłaty hasło do logowania, ale niestety net też był słaby i od razu powiedziano mi, żebym nie logował się na Skype itp.

Faktycznie, okazało się, że ten net był bardzo słaby. Udało mi się jedynie wstawić na stronę ostatnią relację pisaną, ale żadnego zdjęcie nie dało się załadować. Żal mi było, bo miałem przygotowane kilka ciekawych zdjęć z naszej wyprawy, szczególnie ze sztormu pokazujące, jak pokład był zalewany spienionymi falami. Zrobiłem je moim aparatem wodoszczelnym. Stałem w kokpicie i z pozycji ponad budką, filmowałem bryzgi fal przechodzących przez cały pokład i dalej rozbijających się na moim aparacie.

Nie miałem dużo czasu na zwiedzanie miasteczka, tylko zrobiłem trochę zdjęć i klipów filmowych.

Moglibyśmy postać tutaj trochę dłużej, ale brak możliwości stania przy pomoście i to rozkładanie dinghy, zniechęciło nas.

Wpływając do Cambridge Bay nawet planowaliśmy, ewentualnie postać dłużej i czekać na informacje lodowe, bo w krytycznych cieśninach lód nadal był nie do przepłynięcia.

Jachty płynące przez Northwest Passage, zarówno te ze wschodu, jak i te zachodu w różnych miejscach stały w oczekiwaniu na topnienie lodów. W Gjoa Haven czekały na otwarcie przejścia jachty płynące, tak jak my z zachodu. My mieliśmy jeszcze do tego porciku ponad 200 Mm bez lodu.

Wojtek Wejer z Toronto przekazał nam wiadomość, że te jachty już ruszyły, bo lody zaczynają puszczać. To było chyba głównym powodem potwierdzającym decyzję nie czekania i ruszenia w drogę.

Nie jesteśmy na wycieczce turystyczno krajoznawczej tylko jest to wyprawa arktyczna i głównym celem jest przepłyniecie NWP.

Po 4 godzinach postoju w Cambridge Bay ruszyliśmy dalej. Wieczorem oglądaliśmy na dużym ekranie film podróżnika Wojtka Dąbrowskiego z Gdańska, który płynął przez Northwest Passage statkiem ekspedycyjnym, takim, który dzięki posiadanym „zodiakom” umożliwia „mokre” lądowanie na plażach w wysokich gumiakach i kombinezonach. Ciekawe było zobaczenie tych samych miejsc w których  aktualnie znajdywaliśmy się. Oglądanie na filmie kolejnych miejsc na naszej drodze, było dla nas coś w rodzaju locji, co będziemy widzieć w ciągu najbliższych dni.

23 sierpnia o godzinie 8:00 wychodząc na wachtę zobaczyłem tak gładką wodę, że tylko można było porównać ją do Mazurskich Jezior w bezwietrzną pogodę.

Dla odmiany 12 godzin później rozpoczynając wieczorną wachtę na horyzoncie pojawiło się coś białego. Na początek wydawało się, że to może jakąś poświata załamania zachodzącego słońca, ale zbliżając się wyraźnie pokazało się pole lodowe. Na początek mijaliśmy pojedyncze górki lodowe, ale już po zachodzie słońca zaczęło robić się coraz gęściej lodu, który omijaliśmy bez większych problemów. Przed północą zrobiło się dość ciemno i trzeba było dobrze wypatrywać przeszkody lodowe. Na jednej z nich, którą minęliśmy bardzo blisko siedziała foka. Popatrzała na nas i bez zainteresowania przytuliła swoja główkę do lodu, tak jak leżała wcześniej. Kawałek dalej na znacznie większym lodzie, jak przystało na jego wielkość, leżała większa foka, ale ta z kolei była wystraszona naszą obecnością i leniwie zsunęła się do wody.

24 sierpnia o godzinie 12 zakotwiczyliśmy w Gjoa Haven.

 

25.08.2014

23 sierpnia w nocy przepłynęliśmy cieśninę Simpson Strait i w południe w niedzielę 24 sierpnia zakotwiczyliśmy w Gjoa Haven. Jest to małe miasteczko znacznie mniejsze niż Cambridge Bay. Położone jest na brzegu zatoki, do której wejście oznakowane jest nabieżnikiem, obok którego jest miejsce pamięci Roalda Amundsena. To właśnie tutaj w Gjoa Haven ten wielki zdobywca NWP spędził dwie zimy zanim, jako pierwszy w historii przepłynął całą trasę Przejścia Północno Zachodniego w roku 1906. Mieszkańcy osady z wielką dumą wspominają ta historyczną wiadomość i wielu z nich uważa że nawet są spokrewnieni z tym wielkim odkrywcą. Nawet przeprowadzono dokładniejsze badania genetyczne, które naukowo nie potwierdziły tego.

Nie ma tutaj pomostu do cumowania jachtu wielkości „Lady Dana 44” ani żadnej portowej zabudowy, dlatego musieliśmy zakotwiczyć. Tym razem nie było wyboru i żeby dostać się na brzeg trzeba było napompować dinghy. Nie obyło się bez problemu. Okazało się, że zginął jeden z zaworów i trzeba było go zastąpić zwykłym korkiem. Taki patent okazał się całkiem funkcjonalny i ruszyliśmy na brzeg.

W Gjoa Haven ulice to szerokie żwirowe drogi, nieutwardzone, bo praktycznie nie jest to potrzebne. Przez większą część roku wszystko pokryte jest śniegiem. Na ten krótki letni okres czasu nie warto utwardzać dróg. Z tego powodu przejeżdżające pojazdy robią dużo kurzu a jak spadnie deszcz to trzeba spacerować po błocie. Skutery śnieżne, teraz latem stoją na przysłowiowych kołkach, to znaczy ich płozy podparte są deskami. Prawie przed każdym domem stoją dwa rodzaje pojazdów, zimowe i letnie.

 

Domki wybudowane z drewna są małe, w każdym z nich zwykle mieszaka bardzo dużo osób z kilku pokoleń. Spowodowane to jest bardzo dużym przyrostem naturalnym, największym w Kanadzie. Dlatego jest tu problem mieszkaniowy. Miasteczko to zamieszkuje około 1400 głównie Inuitów

Bardzo okazały budynek w miasteczku to przychodnia lekarska i centrum opieki socjalnej. Pomoc socjalna jest tutaj głównym dochodem miejscowej ludności Inuickiej, ponieważ pracy tutaj brakuje a Rząd Kanadyjski opiekuje się swoimi obywatelami.

Wędrując po miasteczku weszliśmy do miejscowego kościoła misji katolickiej. Okazało się, że Ojciec Łukasz Zając, Oblata z Polski jest tutaj administratorem i jedynym katolickim duchownym w tym miasteczku.

Obsługuje on trzy misje w okolicznych osadach Inuickich. Od razu zaprosił nas na swoją plebanie, która mieści się w budynku kościelnym.

Ojciec Łukasz pochodzi z Dęblina i ma 31 lat, w tym 4 lata kapłaństwa. Przyjechał do Arktyki rok temu i jest skarbnicą informacji o życiu i zwyczajach miejscowej ludności. Dzięki jego uprzejmości mogłem zalogować mój komputer do jego sieci Internetowej i wstawić najnowsze informacje na stronę.

Okazało się, że nie jest on jedynym Polakiem w miasteczku. W jedynym tutejszym hotelu pracuje Marzena, która w Kanadzie mieszka prawie 40 lat  i przyjechała wraz z mężem pracować oraz Zofia, która jest główną księgową w wydziale mieszkań socjalnych.

Wieczorem zaprosiliśmy na kolację na jachcie Ojca Łukasza i Marzenę z mężem. Miłe rozmowy i śpiew przy akompaniamencie gitary Daniela trwały do późnych godzin. Po północy Andrzej odwiózł pontonem na brzeg Marzenę z mężem a Ojciec Łukasz został na jachcie na noc.

25 sierpnia rano zjedliśmy wspólne śniadanie i po kolei przeprawiliśmy się pontonem na brzeg.

Sytuacja lodowa w cieśninach, nadal nie jest dobra. Dwa jachty, które czekały wcześniej w Gjoa Haven wypłynęły, ale czekają w niedalekiej zatoce na otwarcie lodów. Nie na stopnienie, ale bardziej na ich przemieszenie się pod wpływem wiatru. Na razie sytuacja nie jest dobra, ale wszyscy optymistycznie czekamy, cały czas analizując wszystkie informacje.

 

28.08.2014

Pole Lodowe

25 sierpnia drugi dzień pobytu w Gjoa Haven. Znowu na pontonie przeprawiliśmy się na brzeg. Potem pojedynczo i w grupkach mieliśmy zajęcia własne i zwiedzanie według zainteresowań.

Ja najwięcej czasu spędziłem u Ojca Łukasza w kościele, gdzie miałem dobry dostęp do netu i mogłem, chociaż troszeczkę nadrobić zaległości Internetowe. W międzyczasie pospacerowałem po miasteczku i doszedłem na wzgórze z widokiem na całą zatokę, gdzie stoi pomnik upamiętniający Roalda Amundsena, który spędził tutaj dwie zimy 1903-5 podczas jego historycznej podróży przez Northwest Passage. 6 września 2003 roku w setną rocznicę tego wydarzenia umieszczono tutaj pamiątkową tablicę z informacjami i zdjęciami związanymi z tym historycznym wydarzeniem.

Spacerując po okolicy zwróciłem uwagę, że lokalni Inuici są bardzo rozmowni. Przyjemnie było mi rozmawiać z nimi. Moim rozmówcom najczęściej zadawałem pytanie. Czy wolą zimę? czy lato? Niezależnie od wieku, wszyscy jednogłośnie odpowiadali, że wolą zimę, ponieważ łatwiej im poruszać się na skuterach śnieżnych po zamarzniętej wodzi i jest ciekawiej. Dlaczego ciekawiej odpowiadali niezbyt konkretnie.

Analiza mapek lodowych nie wyglądała zbyt ciekawie. Na naszej drodze, około 60 Mm na północ od Gjoa Haven zalegało pole lodowe nie do przebycia. Przy brzegu na mapkach widać było trochę mniejsze zalodzenie. Rysiek zdecydował płynąć i ewentualnie zatrzymać się na kotwicy w zatoczce przed tym polem lodowym. Prognoza wiatru południowo wschodniego dawała szanse przemieszenia lodu i otwarcia się jakiejś szczeliny dającej możliwość przepłynięcia.

O godzinie 16.00 podnieśliśmy kotwicę i ruszyliśmy dalej.

26 sierpnia rano przeszliśmy małe pole lodowe i na krótko pokazała się woda czysta od lodu, ale wkrótce pojawiła się na horyzoncie zapora lodowa nie do przebycia. Przy brzegu widać było wodę dość czystą od lodu. Zakotwiczyliśmy w Oscar Bay na głębokości około 10 m. Wiatr i prąd pływowy wyraźnie przesuwał masy lodowe. Najpierw dalej od jachtu, ale pokazały się też duże kry lodowe przepływające blisko burt. Jedna z nich dość pokaźnych rozmiarów zbliżyła się do jachtu i padła decyzja podniesienia kotwicy. Niestety kotwica była już pod tą dużą masą lodowa. Wybiegli wszyscy na pokład i zaczęło się odpychanie jej bosakami i bambusowymi tyczkami, które wieziemy na taką ewentualność. Manewrując silnikiem i sterem strumieniowym przy jednoczesnym odpychaniu się tyczkami udało się wypłynąć. Popłynęliśmy w inne miejsce, gdzie lodu było mniej i ponownie zakotwiczyliśmy.

Wieczorem wiatr południowo wschodni zaczął wzmacniać się i wkrótce była już szóstka Beauforta. Staliśmy pod osłoną niskiego brzegu, dlatego budowała się krótka fala i jachtem zaczęło dobrze rzucać. Normalnie w podobnej sytuacji chciałoby się, żeby taki wiatr osłabła, ale w tej sytuacji cieszyliśmy się, że wieje z tego kierunku bo odpychał pole lodowe.

Wieczorem siedziałem na wachcie w budce w kokpicie i obserwowałem pojedyncze bryły lodowe pchane wiatrem od brzegu. Spadł pierwszy w tym rejsie deszcz, chwilami nawet ulewny. Co chwila wychylałem się z na zewnątrz, żeby lepiej widzieć, ewentualnie dryfujący lód. Reszta załogi w cieplutkiej mesie oglądała film przygody Jamesa Bonda, oczywiście była tam strzelanina i trup padał gęsto.

Zrobiła się ciemna noc, bo to już nie te „białe noce”, które mięliśmy trzy tygodnie temu w rejonie Point Barrow. Tymczasem z mesy dochodziły głosy strzelaniny, huki i błyski do których już przyzwyczaiłem się i może dlatego małe „hukniecie” w burtę zaliczyłem Jemesowi Bondowi w akcji. Obok burty przesunęła się górka lodowa pchana silnym wiatrem. Tym razem nie weszła ona pod łańcuch kotwiczny i wystarczyło tylko włączyć silnik, zrobić parę ruchów sterem i ten growlerek przesunął się wzdłuż burty.

Rano 27 sierpnia wiatr ucichł, ale za to pojawiła się mgła. Pole lodowe zostało odepchnięte od brzegu i pokazała się czysta woda bez przeszkód. Ruszyliśmy do przodu. Trzeba było wytężać wzrok. Radar nic nie pokazywał, ale wiedzieliśmy, że lodu tutaj nie brakuje i faktycznie wyłoniło się ze mgły pole lodowe. Zaczęliśmy omijać go kierując się do brzegu. Niestety doszliśmy do malej głębokości, ale pole to nie kończyło się. Nie było wyboru i ruszyliśmy z powrotem, żeby okrążyć to pole z drugiej strony. Okazało się że lód cały czas przemieszcza się i tam gdzie go nie było wcześniej teraz jest.

Pole lodowe wokół „Lady Dana 44” zaczęło zagęszczać się i w rezultacie zamknęło się całkowicie ze wszystkich stron jachtu. Odpychanie bosakami i tyczkami nie dużo dawało. Każde ruszenie silnikiem do przodu lub tyłu powodowało ocieranie się lodu, często z wielkim hukiem dodającym wrażenia i majestatu Arktyce. Na lodzie widać było czerwoną farbę z pomalowanego dna jachtu. Sprawiało to wrażenie jak byśmy krwawo rozjechali jakiegoś wieloryba. Rozumieliśmy powagę sytuacji, ale nikt nie narzekał. Przecież nikt nigdy nie powiedział nam wcześniej, że na Northwest Passage będzie łatwo i teraz okazuje się że to prawda.

Staliśmy w polu lodowym. Zaczęliśmy dryfować razem z lodem, do tyłu skąd przypłynęliśmy, bo prąd zmienił kierunek a wczorajszy wiatr południowo wschodni już się wywiał. Trwało to pewien czas zanim coś zaczęło ruszać się na wodzie i z wielkim trudem wyszliśmy z tej pułapki na bardziej otwartą wodę.  Manewrując pomiędzy lodem, powoli ruszyliśmy w potrzebnym kierunku. Siedząc w kabinie a szczególnie leżąc w koi, każde otarcie lodu sprawiało wielki wrażenie. Dźwięk pracy silnika był miernikiem sytuacji. Kiedy słychać było manewry silnikiem: zwalnianie, do przodu, do tyłu lub praca steru strumieniowego, oznaczało że wachta pokładowa walczy z lodem. Dla odmiany jak słychać było równomierny rytm pracy silnika była ulga, bo oznaczało to, że płyniemy po gładkiej wodzie bez lodu, przynajmniej na krótko zanim znowu słychać było ocieranie lodu o burtę jachtu.

Do wieczora bez zmian, cały czas lawirowanie w lodach. Na noc chcieliśmy zakotwiczyć w zatoczce, ale nie było szans, bo przy brzegu lód był gęstszy. Dopóki była w miarę dobra widoczność, lawirując pomiędzy lodem, posuwaliśmy się małą prędkością do przodu. Bez pośpiechu, bo około 30 Mm przed naszym dziobem mapy lodowe pokazywały kolor czerwony to znaczy zalodzenie nie do przepłynięcia.

Stanęliśmy w dryf w polu lodowym. Słaby wiatr północno wschodni i prąd pchały lód a razem z nim jacht z prędkością około 0.5 węzła w kierunku przeciwnym. Spokojne stanie w polu lodowym, chwilami sprawiało wrażenie, że cumujemy w marinie, ale co jakiś czas głośne ocieranie o burtę poruszających się po wodzie growlerów sprowadzało nas to rzeczywistości, że to nie marina tylko środek morza w Arktyce.

Przychodziły do głowy myśli, co by było gdyby ten wiatr i prąd pchały nas na brzeg? Masy lodowe wpychane na brzeg miażdżyłyby wszystko, nie oszczędzając naszego jachtu, który zmielony mógłby być jak kawa w młynku.

28 sierpnia o godzinie 9 rano ruszyliśmy dalej. Na początek ciężko było wydostać się z gęstego pola lodowego, ale powolutku udało się. Lawirując w lodzie posuwaliśmy się w dobrym kierunku.

Andrzej wszedł na maszt i wypatrzył, że przy brzegu jest duża wody wolnej od lodu. Lód układał się w kolejne pasma. Przy brzegu było czysto, potem długi jęzor wzdłuż brzegu a następnie obszar czystej wody do której właśnie zbliżaliśmy się wychodząc z gęstego pola lodowego.

Bardzo zdziwiliśmy się, bo po tej gładkiej wodzie za polem lodowym, z którego właśnie wypływaliśmy, zobaczyliśmy szybko płynącą małą motorówkę. Widok był niecodzienny w tym wydawałoby się bezludnym rejonie. Motorówka z dwoma Inuitami wyraźnie płynęła w naszym kierunki, bo niewątpliwie my byliśmy dla nich atrakcją. Wszyscy wybiegli na podkład z kamerami. Wywiązała się rozmowa, typu skąd dokąd, gdzie jest lód itp., my z jachtu oni z łódki. Tak jak często bywa w podobnych sytuacjach nastąpiła wymiana towarowa, my dostaliśmy dużą rybę, którą Lechu od razu przygotował na obiad. Przekazanie tej ryby na jacht odbyło się z przygodą. Inuita wyjął rybę ze skrzynki, którą postawił na burcie swojej bujającej się łódki. Podając rybę do ręki Ryśka, skrzynka wypadła mu za burtę. Było to powodem szybkiego pożegnania, bo Inuici odbili od naszej burty i popłynęli ratować skrzynkę na ryby.

Zbliżyliśmy się do brzegu gdzie była gładka, bez lodu woda i szybko ruszyliśmy dalej w kierunku Cieśniny Bellota.

 

31.08.2014

Bellot Strait, Fort Ross i dalej lód.

28 sierpnia po południu sunęliśmy wzdłuż brzegu po wodzie czystej od lodu. Bardzo nas to cieszyło, ale jednocześnie dziwiło bo wcześniejsze mapki lodowe pokazywały przed Cieśniną Bellota, odległej jeszcze kilkadziesiąt Mil morskich, lód nie do przepłynięcia.

Rysiek ściągnął z Internetu aktualna mapkę lodową, która bardzo poprawiła nastrój w załodze. Okazało się, że do cieśniny mamy przy brzegu wodę czystą od lodu, ale wiatr południowo wschodni zmienił kierunek na Północny i znowu zaczęła się halsówka pod wiatr.

Rano 29 sierpnia zbliżyliśmy się do Cieśniny i zobaczyliśmy na naszym AIS (Automatic Identification System) „tłok” na wodzie, jak na tutejsze warunki i nasze doświadczenie z już prawie miesięcznego rejsu było to wielkim wydarzeniem. Tak niecodzienny ruch na wodzie był wynikiem tego, że właśnie w tym dniu otwierała się możliwość przejścia tych newralgicznych cieśnin. Dla urozmaicenia mojej przedpołudniowej wachty zawołałem przez radio najbliższy statek widziany na AIS. Zapytałem go czy płynął przez Cieśninę Bellota i jakie widział warunki lodowe. Potwierdził, że do cieśniny nie ma lodu a w cieśninie jest dość dużo, ale do przepłynięcia.

Według wcześniejszych informacji od Wojtka Wejera z Toronto, który monitoruje przejścia jachtów przez Northwest Passage, wiedzieliśmy że z około 20 jachtów, które zgłosiły zamiar przejścia NWP zostało już tylko 7. Pozostałe wycofały się, albo odłożyły plan na następny rok. Z tych siedmiu, cztery płynęły ze wschodu na zachód i czekały przed wejściem do Cieśniny Bellota. Trzy w tym my płynęły z zachodu na wschód. My byliśmy z przodu, bo te dwa pozostałe czekały w rejonie Gjoa Haven a nam udało się przebić przez pole lodowe w którym dryfowaliśmy poprzednią noc i to dało nam przewagę. Jeden z jachtów płynących na wschód, to kanadyjski jacht „Altan Girl”, na którym samotnie żegluje Erkan Gursoy, Kanadyjczyk pochodzenia tureckiego. Pisałem o nim, jeszcze przed rozpoczęciem naszej wyprawy, (zobacz wcześniejszy wpis na stronie www.arctic2014.bloog.pl), że Amerykańska Straż Przybrzeżna wyciągnęła go z lodów w rejonie Point Barrow.

Dla wszystkich jachtów rejon, w którym znajdowaliśmy się, był najbardziej krytyczny i dlatego jak tylko otworzyło się przejście w lodach wszyscy ruszyli.

Rejon Cieśniny Bellota jest umowną granicą dzieląca wody oceanów: Atlantyckiego i Pacyfiku, bo od tego miejsca zwykle zależy, czy jachty przepłyną, czy zostaną na zimowanie, albo wrócą z powrotem na swój ocean w zależności, z której strony płynęły.

Około 25 Mm przed cieśniną, po kolei jak na defiladzie widzieliśmy w zamgleniu trzy jachty z tych co czekały po drugiej stronie cieśniny. Rysiek nawiązał z nimi rozmowę na UKF-ce. Była typowa krótka konwersacja: jakie oni mieli warunki lodowe?, jakie warunki lodowe my widzieliśmy a na koniec wzajemne życzenia dobrej żeglugi itp.

Najpierw z naszej lewej burty w zamgleniu przepłynął duży brytyjski dwumasztowiec „Novara” z Kapitanem Stephen Brown. Niedługo potem z naszej prawej burty minęliśmy czerwony kadłub jachtu również brytyjskiego „Arctic Tern”, slup 13.1 m długości z Ali i Les Parson,.

12 Mm przed wejściem do cieśniny minęliśmy kanadyjski jacht „Gjoa” (dawna nazwa „Asma”), 13 m aluminiowy slup.

Wpłynęliśmy do cieśniny i zgodnie z oczekiwaniem pokazał się lód, ale to było nic w porównaniu z naszym wcześniejszym doświadczeniem z polem lodowym. Wszyscy wybiegli na pokład z aparatami i kamerami. Było to wielki wydarzenie, bo podobnie jak Kanał Panamski, ta cieśnina praktycznie też dzieli Pacyfik od Atlantyku, ponieważ inne miejsca na północ, rzadko są używane w przejściach Northwest Passage.

Od dawna nie widzieliśmy wysokiego skalistego brzegu, bo brzegi w Arktyce Alaski i Kanady są bardzo niskie i niczym nie są porośnięte. W samej cieśninie żegluga była spokojna, jedynie trzeba było trochę lawirować pomiędzy growlerami, ale pokazywały się też dłuższe odcinki czystej od lodu wody. Wychodząc już z cieśniny, po prawej burcie minęliśmy najdalej wysunięty na północ punkt kontynentu amerykańskiego. Dalej to tylko wyspy i wieczne lody zalęgające Biegun Północny.

O godzinie 20:30 zakotwiczyliśmy w Fort Ross, który jest zatoczce, na brzegu której nie ma żadnej zabudowy mieszkalnej. Jedynie stoją dwa historyczne domki Hudson Bay Company.

Na środku zatoki stał na kotwicy norweski holownik „Tandeberg Polar”, ciągnący sprzęt do wydobywania wraków. Z holownika tego przypłynęła mała łódka motorowa na której były dwie osoby. Wywiązała się krótka rozmowa. Okazało się, że jest to holownik płynący do Cambridge Bay w celu podniesienia z dna historycznego statku „Maud”, Roalda Amundsena, który od lat leży tam na dnie, ale w dużej części wystaje z wody. Po pierwszym w historii przepłynięciu Przejścia Północno Zachodniego (1906), statek ten został sprzedany przez Amundsena i przez lata do czasu jego zatonięcia, pływał na tych wodach. Obecnie jest on atrakcją Cambridge Bay. Wcześniej pisałem, że nasz krótki postój w Cambridge Bay, uniemożliwił nam jego zwiedzenie.

Norwegowie załatwili prawo własności i zezwolenie na wydobycie wraka. Sprowadzenia do Norwegii statku „Maud” jest wielkim projektem, trwającym już kilka lat, Statek ten ma być eksponowany w muzeum stoczni, gdzie został wybudowany. W tym roku przypłynął ten holownik z ekipą, która ma podnieść wrak na powierzchnię wody. Zimą wrak ma wysuszyć się w arktycznym klimacie i w następnym sezonie będzie holowany do Norwegii. Na razie nie jest jeszcze pewne którędy, czy przez Arktykę Rosyjska, czy przez Atlantyk. Zależy to od uzyskania odpowiednich pozwoleń.

Zaprosiliśmy tych dwóch Norwegów do mesy „Lady Dana 44” na nasze wieczorne party, celebracji przepłynięcia na stronę Atlantyku. Po przejściu Bellot Strait można już przyjąć, że lody nas nie zatrzymają i osiągniemy cel wyprawy przez Northwest Passage.

Nasi goście dużo opowiadali o ich przedsięwzięciu, mówili, że już kilka dni czekają z tej strony Cieśniny na pozwolenie władz kanadyjskich na płyniecie z tak nietypową misją. Rozmowy, oglądanie filmu z zeszłorocznego przepłynięcia „Lady Dana 44” przez Northeast Passage oraz śpiew przy gitarze, trwał do późnych godzin nocnych.

30 sierpnia rano o godzinie 8 wyszedłem na wachtę kotwiczną. Świeciło piękne słońce i do zatoki prąd wnosił duże growlery, które omijały jacht z dwóch burt.

Na AIS zobaczyłem coś wpływające do zatoki, zanim zdążyłem zidentyfikować na ekranie plotera, co to płynie zobaczyłem maszt jachtu. Wyszedłem na pokład i zobaczyłem płynący w naszym kierunku Australijski jacht „Drina” Kecz o długości 55 stóp prowadzony przez Michaela Thurstona. Jacht „Darina” podpłynął bardzo blisko „Lady Dana 44” i w pierwszych słowach z jego pokładu usłyszałem gratulacje z ich strony. Podziękowałem i pożyczyłem im tego samego. Po krótkiej rozmowie, odpłynęli bez zatrzymywania, bo spieszyli się do Cieśniny Bellota. Na krótko podpłynęli jeszcze do stojącego w zatoce norweskiego holownika.

Nasi wczorajsi goście zaoferowali nam transport na ląd na ich dużej aluminiowej łódce, bo pompowanie naszego pontonu byłoby bardziej pracochłonne.

Na lądzie są tylko dwa małe historyczne budynki wybudowane przez Hudson Bay Company. Kiedyś firma ta rozwijała swoja działalność na te arktyczne rejony a obecnie pozostały tylko, jako pomniki dawnej historii, te dwa domki. Jeden z nich obecnie jest miejscem kultowym przepływających jachtów. Drzwi wejściowe, dla ochrony przed niedźwiedziami polarnymi, są zastawione deskami. Żeby wejść do środka, najpierw trzeba wszystkie te deski po kolei wyjąć i odstawić na bok. Wtedy można dopiero otworzyć drzwi i wejść do środka. Wewnątrz jest całkiem dobrze zagospodarowany domek traperski. Są tam łóżka do spania, piecyk, kuchenka, trochę żywności pozostawianej przez odwiedzających to miejsce. Na ścianach, na deskach obramowujących lóżka i wszędzie tam gdzie jest jeszcze możliwość, są pamiątkowe napisy, często z ciekawymi rysunkami, tych co tutaj byli. Bez trudu odnaleźliśmy napisy jachtów: Nekton” i „Stary”, które były w roku 2006, oraz jachtu „Katharsis II” w roku 2012.

Oczywiście my zostawiliśmy nasz wpis na ścianie, z listą całej naszej załogi. Jest tam też książka pamiątkowa, ale ta jest zmieniana co jakiś czas i obecna rozpoczęła się jesienią 2013 roku. W tej księdze pamiątkowej też zostawiliśmy nasz wpis.

Drugi domek obecnie jest zaniedbany, okna powybijane, wyposażenie wnętrza jest w rozsypce. Wyglądał na to, że niedźwiadki tam zaglądają do środka. Przez cały czas pobytu na lądzie trzeba było uważać na te niedźwiedzie. Dla bezpieczeństwa zabraliśmy z jachtu karabin, tak na wszelki wypadek. Na szczęście żadnego misia nie widzieliśmy, ale załoga holownika mówiła, że dzień wcześniej widzieli białe niedźwiedzie spacerujące po brzegu.

Po południu ruszyliśmy dalej w drogę. Wieczorem mijaliśmy pojedyncze growlery.

31 sierpnia rano woda dookoła wyglądała jak na jeziorze, nie było widać żadnej, nawet najmniejszej zmarszczki od wiatru. Tak samo na niebie, żadnej chmurki. Można by powiedzieć, pogoda plażowa, tylko że temperatura powietrza 2 stopnie C. Przed południem zaczęło pokazywać się na wodzie coraz więcej lodu. Lodowe growlery w słońcu mieniły się różnym barwami. Maszt i olinowanie jachtu dawało bardzo ciekawie cień na mijanych przez nas białych płaszczyznach lodu. Słońce w Arktyce świeci pod bardzo małym kątem i dlatego cień masztu rozciągał się bardzo daleko od burty jachtu.

Wpłynęliśmy w gęste pole lodowe. Nie widać było gdzie płynąc dalej, wszędzie dookoła tylko lód. Był pora na śniadanie więc stanęliśmy w dryf w tym lodzie i spokojnie zjedliśmy. Po śniadaniu Andrzej wszedł na maszt i starał się wypatrzyć czystszą wodę. Nie wyglądało to ciekawie, ale powoli ruszyliśmy cały czas ocierając się i manewrując w lodzie.

 

01.09.2014

Lancaster Sound

31 sierpnia po południu wypłynęliśmy z pola lodowego. Pole to miało trochę inny wygląd niż te, które oglądaliśmy wcześniej, przede wszystkim było w nim dużo wyższych i bardziej okazałych górek lodowych. Na wodzie pomiędzy bryłami lodu, widać było coś w rodzaju kaszki lodowej. To był nowy lód, który powstał w nocy przy niższej temperaturze, W ciągu dnia topił się, ale kilka chłodniejszych dni może stworzyć nowy lód nie do przebicia się. To znak końca krótkiego arktycznego lata i zbliżającej się zimy. Mamy nadzieję, że to było już ostatnie pole lodowe na naszej trasie. W cieśninie Lancaster Sound i u wybrzeży Grenlandii, raczej pól lodowych nie powinniśmy napotkać, ale za to będą góry lodowe.

Udało nam się przebić przez najgorszy odcinek trasy dokładnie w czasie. Dwa jachty płynące za nami jeszcze nie przepłynęły Cieśniny Bellota i nie wiadomo, czy nie zrezygnują z kontynuacji żeglugi.

Od naszych znajomych obserwatorów z Polski śledzących trasę rejsu, nasze przepłynięcie przez kolor czerwony na mapkach lodowych (zalodzenie normalnie nie do przebicia się), dostaliśmy dowcipne refleksje, że chyba te lody przeszliśmy z pomocą balona? Wprawdzie niektóre jachty płynące w latach poprzednich przez Northwest Passage korzystały z lodołamaczy, ale o balonach nikt jeszcze nie pomyślał. Może warto by opatentować taki wynalazek na przyszłość? Dowcip ten bardzo nas rozweselił.

Wieczorem Zbliżając się do Cieśniny Lancaster Sound obserwowaliśmy malowniczo wyglądające wysokie brzegi. Zachodzące słońce dawało bardzo długie cienie gór, co dodawało kolorystyki temu surowemu arktycznemu krajobrazowi. Południowo zachodni wiatr pchał nas w potrzebnym kierunku.

01 września o godzinie 01:16 (5:16 GMT) osiągnęliśmy najdalej na północ wysunięty punkt naszej wyprawy: 73 st. 53 minuty szerokości północnej na południku 086 st. 21 minut długości geograficznej zachodniej.

Rano w Cieśninie Lancaster Sound była wspaniała żegluga, wiał wiatr zachodni o sile około 5 Beauforta. Na samym grocie i ze sprzyjającym prądem sunęliśmy po sfalowanym morzu z prędkością ponad 8 węzłów.

Zbliżając się do Cieśniny Navy Board Inlet, która prowadzi do Pond Inlet, końca naszej żeglugi po wodach kanadyjskich, zobaczyliśmy pierwsze prawdziwe duże góry lodowe. Józek, który kilkakrotnie żeglował po wodach zachodniej Grenlandii pocieszał nas, że nie jedną taką i większą górę zobaczymy na naszej trasie, ale na wszelki wypadek nasze aparaty i kamery były w użyciu.

W cieśninie oglądaliśmy wspaniałe widoki lodowców z jęzorami dochodzącymi do poziomu morza. Wyglądają one bardzo podobnie do tych, które wielokrotnie oglądałem podczas rejsów na mojej „Varsovii” po wodach południowej-wschodniej Alaski oraz w Prince Williams Sound. Jedyna różnica to, że nie widać tutaj żadnej roślinności, tylko surowy arktyczny klimat.

Pod jednym z lodowców zobaczyliśmy duży francuski statek wycieczkowy, który po sesji widokowej przy lodowcu ruszył w naszym kierunku. Prawdopodobnie my mieliśmy być następną atrakcją dla pasażerów. Niedługo potem usłyszeliśmy przez UKF-kę wołanie z tego statku. W krótkiej rozmowie Rysiek odpowiadał na pytania i powiedział, że płyniemy z Polski do Polski dookoła Bieguna Północnego. Nasz rozmówca ze statku przyjął to z dużym zainteresowaniem. Na pewno powtórzył to swoim pasażerom jako interesującą ciekawostkę w tym bardzo odległym rejonie świata. Na koniec rozmowy zapytał. Czy u nas wszystko w porządku i pożyczył nam dobrej i bezpiecznej dalszej żeglugi.

Temperatura wody za burtą osiągnęła już 2.2 stopnia C., trochę to jeszcze mało żeby nasza odsalarka mogła normalnie działać, powinna być cieplejsza. Przez kilka dni nie kąpaliśmy się i dlatego Rysiek zadecydował, że spróbujemy zrobić trochę słodkiej wody. Do obowiązkowej kąpieli nikogo nie trzeba było namawiać i ustawiła się kolejka. Okazało się że wyszła woda całkiem dobra nawet do picia i napełniliśmy nasz zbiorniki.

2 września nad ranem zakotwiczyliśmy w Pond Inlet. Jest to ostatni port w Kanadzie.

 

03.09.2014

Pożegnanie Kanady

02 września nad ranem zakotwiczyliśmy w Pond Inlet.

Jest to małe miasteczko w którym mieszka około 1600 mieszkańców. Dla nas był to ostatni port w Kanadzie a dla tych co płyną przez Northwest Passage ze wschodu na zachód był pierwszym portem, gdzie można zaliczyć odprawę graniczną. W Kanadzie potrzebna jest tylko odprawa wpłynięcia a przy wypłynięciu nie trzeba nic nikomu zgłaszać. Po prostu zredukowana biurokracja, bo i tak na pewno odpowiednie władze wszystko o nas wiedzieli i mieli „oko” co i gdzie robimy.

Niewątpliwym potwierdzeniem tego był kanadyjski okręt wojenny z numerem „700” na burcie, który cały czas kręcił się w rejonie portu i patrolował wejście do cieśniny, które jest wejściem na terytorium Kanady a dla nas miejscem opuszczeniem tego kraju.

Rano po wyspaniu się napompowaliśmy ponton i po kolei ruszyliśmy na brzeg. Chętnych do wiosłowania nie brakowało. Daniel cały czas ubolewał, że na jachcie ma mało możliwości do ćwiczeń i wiosłowanie dobrze mu służy, więc nie pozbawiliśmy go tego treningu i kilka razy miał okazję przewiosłować dystans pomiędzy jachtem i brzegiem.

Na brzegu wylądowałem o godzinie 11 i okazało się, że miasteczko jeszcze śpi, jedynie informacja turystyczna Parków Narodowych była otwarta. Wszedłem do środka, oczywiście zdjąłem swoje kalosze bo takie obuwie jest konieczne do wysiadania z pontonu na brzeg.

Ulice nie są utwardzone i chodzi się po piachu, albo po błocie jeżeli pada deszcz a zimą po śniegu. Z tego powodu we wszystkich publicznych budynkach jest informacja żeby zdejmować obuwie. Zwykle w wejściowej sionce są pułki na obuwie i krzesełko do siadania.

Pani w informacji powitała mnie bardzo życzliwie, interesowała się naszym rejsem, zadawała mi dużo pytań i była zdziwiona, że na tak małym jachcie jest nas aż siedmiu. W Kanadzie na jachtach tej wielkości zwykle pływają małe załogi, najczęściej pojedyncze starsze pary. Powiedziałem, że ten jacht wygląda mały bo stoi na kotwicy z dala od brzegu, ale ma on 47 stóp długości i 7 osób wygodnie mieści się. Mamy na nim wystarczający komfort, prysznic z ciepłą woda, 4 kabinki itp. Może to ją przekonało, szczególnie moja uwaga o prysznicu i słodkiej wodzie z odsalarki, praktycznie bez ograniczenia.

W informacji tej dowiedziałem się też, co i gdzie jest w miasteczku i dostałem mapkę, Niestety z Internetem, tak jak wszędzie na naszej trasie był problem. Jedyne miejsce z publicznym dostępem do Internetu było w bibliotece publiczne, którą otwierają dopiero o 13.00. Uczynna pani w informacji próbowała telefonować i sprawdzić inne miejsca gdzie ewentualnie mógłbym skorzystać z netu, ale bez skutku.

Telefony komórkowe w Pond Inlet w ogóle nie działały. W poprzednich porcikach przynajmniej widać było na telefonie jakąś sieć, ale była blokada tylko do telefonów alarmowych. Nawet mój telefon kanadyjski z Vancouver, też normalnie nie działał. Piszę to, bo wielu czytelników z Europy nie wyobraża sobie jak działają siatki telefonów komórkowych w Ameryce i innych miejscach na świecie.

Poszedłem na zwiedzanie miasteczka. Odwiedziłem szkołę podstawową w nadziei, że może pozwolą mi skorzystać z netu, ale bez skutku. W lokalnym hotelu też nic, bo drzwi wejściowe były zamknięte, prawdopodobnie obsługa pojechała odebrać gości z lotniska, bo właśnie wylądował samolot. Lotnisko w Pond Inlet ma tylko jeden mały żwirowy pas startowy. Malutki kilkunasto osobowy samolot, był jedynym na całym lotnisku. Terminal lotniskowy to też mały baraczek, bo na tak „duży” ruch nie potrzeba większego.

Po drodze porozmawiałem trochę z lokalnymi mieszkańcami, zadając im moje stałe pytanie, czy wolą zimę czy lato? Usłyszałem taką samą odpowiedz jak wszędzie w Arktyce, że wola zimę, ale jak zwykle bez konkretnego uzasadnienia. Dopiero później w bibliotece pani bibliotekarka z pochodzenia Szkotka, z którą rozmawiałem na ten temat, powiedziała, że powodem może być to, że latem do podróżowania potrzebne są łodzie z silnikami, które są droższe niż skutery śnieżne. Sezon łódkowy trwa około dwóch miesięcy i mieszkańcom nie opłaca się posiadać sprzętu pływającego a na skuterach śnieżnych mogą jeździć przez większą cześć roku.

Przed godziną 13:00 przyszedłem do bibliotek, która jeszcze była zamknięta, ale w tym samym budynku było już otwarte małe muzeum z ekspozycją o życiu lokalnej ludności ich stroje, fotografie historyczne itp. Były tam też wypchane ptaki, zwierzęta, oraz zainspirowana scenka oprawiania zabitego niedźwiedzia. Wszystko to było w niedużej salce, ale bardzo ciekawie eksponowane.

Bibliotekę z Internetem otwarto po godzinie 13:00 i wreszcie usiadłem przy komputerze. Niestety sieć była tak słaba, że jedynie mogłem otworzyć swoją skrzynkę milową, ale wysłanie maila okazało się niemożliwe. Znowu przydał się Skype przez, który mogłem wysłać kolejną wiadomość na stronę i o dziwo nawet 22 zdjęcia, z pól lodowych, wolno bo wolno, ale udało się przesłać. Halina Nadolska, która edytuje w Polsce stronę naszej wyprawy, odbierając te zdjęcia skomentowała, że ”Lady Dana 44” wygląda jak lodołamacz.

Przekazała ona również gratulacje dla kapitana i załogi „Lady Dana 44” od Wojtka Jacobsona, który 30 lat temu przepłynął tą samą trasę NWP z zachodu na wschód i obecnie jest znawcą żeglugi arktycznej.

Kpt. Jacobson stwierdził, że może jeszcze wcześnie na gratulacje, ale dotarcie do Pond Inlet właściwie jest już zaliczeniem przejścia północno Zachodniego, chociaż do pełnego potrzeba przekroczyć krąg polarny, do którego mamy jeszcze kilkaset Mil morskich.

O godzinie 15:55 podnieśliśmy kotwicę i w asyście kanadyjskiego okrętu wojennego nr „700”, który tylko obserwował nas bez żadnej konwersacji radiowej, ruszyliśmy przez cieśninę, obierając kurs na Grenlandie.

Rano 3 września minął dokładnie jeden miesiąc od wypłynięcia z Nome na Alasce. Za nami sztormy, pola lodowe i ponad 3 tysiące Mm, ale to jeszcze nie koniec bo rejs cały czas trwa.

Zatoka Baffin Bay przywitała nas słabym i zmiennym w sile wiatrem północnym.

 

09.09.2014

Koniec wyprawy Northwest Passage

3 września. Po wyjściu na otwartą wodę Zatoki Baffina, początkowo obraliśmy kurs na Wyspę Disco z zamiarem wejścia do Ilulissat. Jest to jedno z ciekawszych miejsc na Grenlandii, gdzie powstają bardzo widokowe lodowce, które potem dryfują w stronę otwartego Atlantyku. Wszyscy byliśmy bardzo zainteresowani odwiedzeniem tego miejsca.

Niestety, analiza warunków wiatrowych spowodowała, że zrezygnowaliśmy z tego zamiaru. Dołożyłoby to nam kilka dni a dodatkowo prognozy wiatrowe sugerowały szybkie płyniecie na południe. Ugrib pokazywał na najbliższe kilka dni umiarkowane wiatry północne, potem słabnące a później, niestety sztormowe przeciwne z południa.

W tej sytuacji zmieniliśmy kurs na południe do odległego jeszcze o około 700 Mm Nuuk, stolicy Grenlandii (dawna nazwa Gothaab).

4 września, kolejny dzień otwartej żeglugi. Wiatr północny gnał nas do przodu z prędkością przekraczającą 10 węzłów. Postawiliśmy foka na spinakerbomie i grota na motyla, była to wspaniała żegluga. Trzeba było uważać na duże góry lodowe, które mijaliśmy w dość dużej odległości a szkoda było nam czasu na podpływanie do nich w celu sesji fotograficznej.

Na mojej rannej wachcie zadzwonił telefon satelitarny. Dzwoniła redaktorka z TVN24, która chciała dowiedzieć się coś więcej o rejsie, bo dotarła już do Polski wiadomość o naszym przejściu NWP. Zawołałem Ryśka, który odpowiedział na jej pytania i ogólnie skomentował nasze przejście.

Kolejne dni były podobne, tylko było coraz mniej gór lodowych. Wiatr trochę słabł i kręcił tak, że musieliśmy dużo pomagać silnikiem. Chwilami przeciwny prąd utrudniał posuwanie się do przodu.

Temperatura wody za burtą wzrosła i  problemy ze słodka wodą z odsalarki skończyły się i można było używać wody bez ograniczeń, oczywiście z rozsądkiem. Kąpiel pod prysznicem i mycie naczyń w ciepłej wodzie to chyba każdy żeglarz wie co to znaczy.

6 września w cieśninie Davis Strait pojawiła się duża fala i pomimo słabego wiatru zaczęło jachtem bujać na wszystkie strony. Mieliśmy dużo pracy i prób z ustawieniem żagli.

7 września o godzinie 2:15 wielka wydarzenie. Zbliżyliśmy się do Kręgu Polarnego, przekroczenie którego jest oficjalnym zaliczeniem Przejścia Północno Zachodniego. Czyli żeglugi od Kręgu Polarnego na jednym oceanie do Kręgu polarnego na drugim oceanie, w zależności tego, w która stronę płynie się.

Ja skończyłem swoją wachtę o 24:00 i spałem już w koi, ale Rysiek obudził nas z wiadomością, żebyśmy się nie wystraszyli, bo będziemy znowu strzelać na wiwat, celebrując przekroczenie Kręgu Polarnego. Nie wszyscy wyszli na pokład, tylko kapitan Rysiek, wachta: Daniel i Józek oraz ja oddalimy salwy honorowe z pokładowego karabinu.

Ja wyjąłem schowaną głęboko na tą okazje butelkę szampana i wspólnie wypiliśmy nie zapominając oczywiście o Neptunie. Nawet ja od wielu lat nie pijacy żadnego alkoholu. też zamoczyłem usta w szlachetnym trunku.

Do Nuuk pozostało już tylko około 160 Mm. Dla mnie to koniec wyprawy, bo z tego portu mam wracać samolotem do mojego domu w Vancouver w Kanadzie. Dla reszty kolegów to tylko zamknięcie kolejnego ważnego etapu w wyprawie dookoła Bieguna Północnego. Zrobiło mi się trochę smutno, bo na jachcie już się dobrze zadomowiłem, zżyłem się z kolegami i tu nagle trzeba będzie wracać do lądowej cywilizacji. Mógłbym popłynąć jeszcze dalej, przynajmniej do Islandii, ale napięte sprawy zawodowe i plan w niedługim czasie następnej podróży, tym razem w ciepłe strony, sprowadził mnie do lądowych realiów. Poza tym nie ma pewności czy „Lady Dana 44” zawinie na Islandię. Może wiatry i napięte terminy rejsu zmienią plany i jacht ominąłby ta wyspę.

W Nuuk mieszka i pracuje polski lekarz radiolog Zbigniew Mościcki, który gościł w roku 2010 załogę jachtu „Solanus” a teraz z niecierpliwością czeka na nasze odwiedziny. Cały czas śledził on na stronie postępy naszej wyprawy. Zadzwoniłem do niego z wiadomością, że zbliżamy się. Zbyszek zaoferował mi gościnę u siebie, bo prawdopodobnie „Lady Dana 44” w miarę szybko ruszy dalej a samoloty z Nuuk nie latają codziennie w moim kierunku.

Wieczorem podczas mojej ostatniej wieczornej wachty były wspaniałe warunki żeglugi. Umiarkowany wiatr z rufy, cieplej niż zwykle i pełnia księżyca dodawały uroku nocy pod gwiazdami.

8 września wychodząc na ranną wachtę zobaczyłem całkiem odmienne warunki. Wprawdzie wiatr z rufy ładnie nas popychał to przodu, ale zrobiła się mgła i było ponuro, tak odmiennie od poprzedniego wieczoru.

O godzinie 14:00 czasu lokalnego zacumowaliśmy w porcie Nuuk na Grenlandii. Niedługo potem przyjechał na jacht Zbyszek Mościcki, który zabrał do miasta Daniela, Józka i mnie. Po drodze zawieźliśmy moje rzeczy do jego domu gdzie mam gościnnie zamieszkać do czasu mojego odlotu do Vancouver. Potem zaprosił nas na obiad do restauracji. Po obiedzie Mirek, kolega Zbyszka, pomógł zawieść duże zakupy na jacht.

Wieczorem, Zbyszek (w środku), jego kolega Tadeusz i ja złożyliśmy pożegnalna wizytę na jachcie.

Pożegnałem się bardzo serdecznie z moimi towarzyszami żeglugi. Podziękowałem kapitanowi Ryszardowi Wojnowskiemu za umożliwienie mi udziału w wyprawie żeglarskiej, która była jedną z największych wypraw żeglarskich w mojej karierze żeglarskiej.

Ja wyokrętowałem się, ale wyprawa dookoła Bieguna Północnego trwa nadal. Ta strona nie jest zamknięta, proszę ją odwiedzać. Będę umieszczać dalsze informacje, fotografie, podsumowania, refleksje i komentarze.

Tekst: Jerzy Kuśmider

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s