Marynarze, uciekinierzy z polskich statków rybackich w Vancouver, w okresie stanu wojennego

17 listopada 2021

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia port Vancouver był bazą licznych polskich statków rybackich należących do przedsiębiorstw „Dalmor” i „Gryf”. Statki te łowiły ryby, głównie w rejonie Alaski a do Vancouver przypływały w celu wymiany i rekreacji załóg oraz dokonywania remontów i zaopatrzenia. Słowo „marynarz” należy rozumieć w szerszym zakresie, nie tylko członek załogi pokładowej, nawigacyjnej lub połowowej. Dotyczy to wszystkich pracujących na takim statku, wliczając w to również lekarzy, inżynierów, naukowców, pracowników przetwórni i oczywiście „Politruków” oraz Służby Bezpieczeństwa, którzy w tamtych czasach byli nierozłączną częścią każdej załogi. Przeciętny statek trawler-przetwórnia miał około 80 osób załogi. Można powiedzieć, że były to duże fabryki pływające po morzu, które stojąc w porcie Vancouver, często stawały się również stoczniami remontowymi. Liczne ekipy pracowników z gdyńskiej stoczni „Nauta” przylatywały samolotami na tak zwane „rejsy remontowe”. Formalnie byli oni członkami załóg, ale faktycznie wykonywali tylko prace remontowe i zwykle nawet nie wypływali na morze. Było to oczywiście niezgodne z prawem kanadyjskim, pomimo tego było tolerowane. W pewnym czasie władze portowe i związki zawodowe zakwestionowali, że w ten sposób zabierają pracę lokalnym. Wtedy jeden z kapitanów powiedział, że jak nie wolno, to nie ma problemu, na dłuższe remonty będą pływać do Meksyku. To zadziałało, bo na samym postoju statku, port i różne lokalne businessy sporo zarabiały.

Jak z tego widać, słowo „marynarz”, w tym opracowaniu ma bardzo szerokie znaczenie. Rodzaj pracy wykonywanej na statku miał też pewien wpływ na ucieczki i staranie się o pobyt w Kanadzie. Marynarze, którzy faktycznie pływali po morzu, mieli zarobki i różne dochody zdecydowanie wyższe od przeciętnych w Polsce. Dla odmiany delegowani pracownicy stoczniowi czasami mieli możliwość tylko jeden raz wyjechać na taki zagraniczny kontrakt, bo na następne wyjazdy była kolejka innych chętnych.

Przed ogłoszeniem stanu wojennego w Polsce, ucieczki marynarzy z tych statków były bardzo rzadkie. Decydowali się na to głównie ci, którzy wcześniej dobrze to przemyśleli, ale po 13 grudnia było to zjawiskiem masowym. Żeby pozostać w Kanadzie, marynarze ci najczęściej występowali o azyl polityczny.

Już w ciągu pierwszych dwóch tygodni po 13 grudnia, kanadyjski urząd imigracyjny podał, że wydano 28 ministerialnych zezwoleń na roczny pobyt i pracę w Kanadzie oraz przyjęto 26 podań o stały pobyt. Oprócz tych oficjalnych danych było wielu, którzy jeszcze nie opuścili statków, bo zastanawiali się i uciekali dopiero, jak statek miał odpłynąć, albo ukrywali się, korzystając z pomocy Polonii.

Jedni marynarze uciekali ze statków, ale byli też tacy, którzy nawet nie zdążyli zaokrętować się na statek i uciekali, prosto z lotniska zaraz po wylądowaniu. W końcu grudnia 1981 roku przyleciała do Vancouver wymiana załogi. Przy wyjściu z lotniska stał przedstawiciel armatora i trzymał w ręku pudełko z książeczkami żeglarskimi wszystkich nowoprzybyłych marynarzy. Żeby nie komplikować sprawy, pytał tylko każdego, czy zostaje, czy jedzie na statek? Okazało się, że tylko kilku zdecydowało pojechać na statek, bo prawie wszyscy odbierali swoje książeczki, czyli marynarskie paszporty i decydowali „zejść ze statku”, na którym jeszcze nie byli.

Zorganizowana Polonia w Vancouver, głównie pod patronatem Kongresu Polonii Kanadyjskiej w Kolumbii Brytyjskiej zajęła się pomocą schodzącym marynarzom. Przewodniczącym Sekcji Społecznej przy KPK, Okręg B.C. był wtedy Julian Twaróg, który działał też w Polskim Towarzystwie „Zgoda”, między innymi przyjmował on zgłoszenia Kanadyjczyków i Polaków z Vancouver i okolicy, którzy pytali, w jaki sposób mogą pomóc schodzącym ze statków marynarzom. Przez jego dom przewinęło się bardzo wielu marynarzy, którzy potrzebowali pilnej pomocy. Jego kontakt był podawany w anglojęzycznych mediach, które temu tematowi poświęcały bardzo dużo czasu.

W budynku P.T. „Zgoda” przy ulicy Fraser w Vancouver w szczytowym okresie schodzenia marynarzy ze statków, zorganizowano centrum informacji, coś w rodzaju pogotowia ratunkowego dla uciekinierów ze statków. Polegało to na pełnieniu dyżurów przez osoby, które miały udzielać pilnej pomocy. Z powodu małej ilości chcących korzystać z takiej pomocy, dyżury te zostały odwołane.

Druga polonijna organizacja posiadająca własny budynek przy ulicy Kingsway „Polish Vetarans Association in BC”, miała otwarty lokal klubowy na spotkania członków. Panowała tam bardzo życzliwa i towarzyska atmosfera. Wieczorami, dwa razy w tygodniu, każdy mógł przyjść, spotkać ludzi, porozmawiać przy kawie lub piwku w klubowym barze. Wielu marynarzy przychodziło na takie spotkania, żeby poznać ludzi i coś się dowiedzieć. Taka niezobowiązująca forma spotkań, dla wielu z nich była bardziej interesująca.

Bożena Felsz w książce pt. „Polacy w Brytyjskiej Kolumbii”, wydawnej przez Towarzystwo »WARTA« 1988 rok, w rozdziale „Nowa emigracja w Vancouver” napisała:

„Największej pomocy udzielała Polonia marynarzom w grudniu 1981 roku i w pierwszych miesiącach 1982 roku. Wówczas to Sekcja Społeczna KPK, Okręg B.C., której przewodniczącym od 1977 roku był Julian Twaróg, zajęła się zakwaterowaniem marynarzy, pomagając im jednocześnie załatwiać sprawy urzędowe. W sprawozdaniu z działalności sekcji w 1981 roku czytamy m in.: „Schodziło wówczas po 15-20 osób dziennie i trzeba było znaleźć mieszkanie, i to od zaraz. Stanisława Małczyńska, ks. Proboszcz Musielski, prezes KPK Bolesław Wiliński, natychmiast pośpieszyli z pomocą komitetowi. Kanadyjskie społeczeństwo otworzyło swoje domy i serca dla polskich marynarzy”Wiktor Dukowski umieścił bezinteresownie w swoim motelu część marynarzy. Zostały zorganizowane punkty pomocy i informacyjne, nie tylko w centrum Vancouver, ale i w okolicach: w Delcie (S. Małczyńska), w North Vancouver (W. Bogusz), w West Vancouver (S. Koczwarski) i w Burnaby (H. Mrotek). Starano się pomóc marynarzom nieznającym języka angielskiego, rozdając im samouczki i słowniki oraz urządzając dla nich kursy językowe w różnych częściach miasta. Zajęli się tym ks. Musielski, Sheila Luck i J. Mazurek. Rząd kanadyjski udzielił marynarzom podstawowej pomocy finansowej. A komitet Opieki Społecznej ofiarował każdemu z nich po 20 dolarów na pierwsze drobne wydatki. Z inicjatywy KPK i przy poparciu przedstawicieli miasta, dra P. Lomasa i S. Anderson. 1 maja 1982 roku otwarte zostało przy 1163 Commercial, Biuro Informacyjne dla Polskich Uchodźców. Początkowo był to ośrodek samodzielny, opłacany z funduszów miasta i KPK. Dnia 15 sierpnia tegoż roku funkcje biura przejęła MOSAIC. Bez wątpienia, pomoc, na którą zdobyło się środowisko polonijne i społeczeństwo kanadyjskie po 13 grudnia 1981 roku można nazwać wszechstronną, a słowa uznania za gościnę, opiekę i bezinteresowność należą się wielu osobom prywatnym i organizacjom. Ten właśnie okres, jak również wspólna wigilijna kolacja pozostaną pamiętnym przeżyciem dla wszystkich uczestników”.

Oczywiście Polski Kościół w Vancouver również był miejscem kontaktowym, gdzie marynarze mogli zasięgnąć informacji i znaleźć osoby, które mogły udzielić pomocy pod różnymi względami. Inne kościoły, nie tylko katolickie też udzielały pomocy.

Pomoc dla marynarzy była również organizowana i udzielana przez osoby indywidualne lub grupy osób. Taką grupą był: “Vancouver Committee for Solidarity with Solidarność”, w którym działał Tadeusz Kawecki. Między innymi był on rzecznikiem jedynego strajku „Niezależnych Samorządowych Związków Zawodowych-Solidarność”, który odbył się poza Polską w porcie Vancouver, na polskim trawlerze rybackim MV „Regulus” w dniach 14 i 15 stycznia 1982 roku.

Temat strajku na statkach „Regulus” i „Parma”, inne formy protestów, oraz losy marynarzy, którzy zeszli w Vancouver z różnych polskich statków jest bardzo obszerny.

Naukowe opracowania na ten temat pisane są przez historyków na Uniwersytecie Jagielońskim w Krakowie i w Vancouver. Aktualnie współpracuje z nimi, dlatego to opracowanie, jest tylko fragmentem moich wspomnień z tamtych czasów. Może to być przydatne dla tych historyków oraz niewątpliwie odświeży pamięć tych, którzy otarli się o te sprawy, już ponad czterdzieści lat temu. Jeżeli ktoś zauważy jakieś nieścisłości lub chciałby coś dodać, to bardzo proszę o kontakt. Chętnie uzupełnię.

Mój przyjazd do Vancouver i początki działalności polonijnej.

Z Polski wyjechałem w listopadzie 1977 roku. Moja droga emigracyjna była dość długa, o czym więcej piszę na stronie. 1977-78 Daleki wschód Japonia, Hong Kong. Po trzech latach mieszkania w Toronto, gdzie poznałem moją żonę Elżbietę, w końcu października 1981 roku przeleciałem do Vancouver. Zacząłem tu pracę inżyniera projektanta konstrukcji budowlanych w biurze projektowym.

13 grudnia 1981. Ogłoszenie stanu wojennego w Polsce.

Wiadomość ta dotarła do mnie w bardzo nietypowym miejscu, bo na polskim statku rybackim w porcie Vancouver. W tamtych czasach nie można było oglądać telewizji i filmów z Polski, bo nie było też Internetu. Na polskich statkach rybackich były projektory do wyświetlania filmów i dość duże filmoteki. Marynarze mieli możliwość oglądania polskich filmów i często była okazja wprosić się na taką projekcję. Mesa na statku stawała się wtedy salą kinową dla załogi statku i gości. Takie oglądanie filmów nie było publiczną imprezą, ale było to dość popularne wśród Polonii. Nie pamiętam dokładnie, jak znalazłem się na tym  statku?  Najprawdopodobniej byłem na jakimś spotkaniu w klubie weteranów (Polish Veterans Association in BC) i ktoś zaprosił mnie na statek. Ja jako żeglarz i kapitan jachtowy zwykle łatwo nawiązywałem relacje z ludźmi morza. Podczas takiego seansu, wpadł do mesy wystraszony „Radzik”, czyli operator radiostacji statkowej i powiedział, że „w Polsce jest wojna”. Część widowni natychmiast pobiegła do kabiny radiowej. Oczywiście nie wszyscy zmieścili się w środku małej kabiny. Z szumu zakłóceń radiowych wyławialiśmy poszczególne słowa przerażających nas wiadomości.

Na początku mojego zamieszkiwania w Vancouver byłem sam, ale na święta i Nowy Rok wróciłem do Toronto, gdzie 31 grudnia odbył się nasz ślub, po którym już razem przeprowadziliśmy się i zamieszkaliśmy w Vancouver. W nowym miejscu od razu nawiązałem kontakty z Polonią i aktywnie włączyłem się do różnych form działalności.

Zacząłem współpracę z Polskim Programem Telewizyjnym w Vancouver, którym kierował polski adwokat Andrzej Włodyka. Program trwał tylko pół godziny tygodniowo i był nagrywany w studio a później trzykrotnie powtarzany na antenie kanału 10. Moim pierwszym zadaniem było prowadzenie wywiadu z Tadeuszem Kaweckim, który był zaangażowany w pomoc marynarzom schodzącym z polskich statków rybackich.

W krótkim czasie dałem się poznać jako aktywny działacz. Wśród nowoprzybyłych, uważany byłem za doradcę, bo miałem już trochę doświadczenia w nowym kraju i pracowałem jako inżynier. Byłem prezesem STP w Vancouver, czyli popularnie mówiąc klubu inżynierów: 1984 Stowarzyszenie Techników Polski w Kanadzie, Odział w Vancouver, Jerzy Kuśmider – Prezes. Już wiosną 1982 roku w organizacji tej odbywały się pierwsze odczyty i spotkania, na których dyskutowano problemy dotyczące przystosowania się do życia w nowym kraju. Głównymi tematami tych spotkań, było poszukiwanie pracy i pisanie résumé, informacje o zakładach pracy itp. Widząc potrzebę takich spotkań, w niedługim czasie zainicjowałem regularne „Kursy adoptacji zawodowej dla nowo przybyłych inżynierów i techników”. W kursach tych brali udział również marynarze, którzy mieli wykształcenie techniczne.

Marynarze i Polonusi.

Polonia w Vancouver zwykle bardzo życzliwie podchodziła do załóg statków. W okresie powstania i działalności w Polsce „Solidarności” było to bardziej widoczne, szczególnie po 13 grudnia 1981 roku, kiedy to marynarze masowo zaczęli schodzić z polskich statków.

Dla marynarzy, którzy zeszli ze statku, zaraz po 13 grudnia 1981 roku, pierwsza Wigilia i Święta Bożego Narodzenia były wielkim przeżyciem. W lokalnej gazecie ”Vancouver Sun”, zamieszczono krótki reportaż ze zdjęciami pt. „Dwa oblicza Świąt BN”, porównano świąteczny stół na statku i w gościnnym vancouverskim domu.

Dla dokładniejszego przedstawienia nastawienia Polonii do nowoprzybyłych cofnę się do moich wcześniejszych czasów. Pierwszy raz odwiedziłem Kanadę w roku 1973, później w 1978, a następnie prawie rok byłem w USA, żeby w końcu na stałe zamieszkać w Kanadzie w roku 1979. W okresie tych lat obserwowałem pewne zmiany w nastawieniu do przybyszów z Polski. W początkowym okresie wyczuwało się pewną rezerwę i trochę podejrzliwości do przybyszów z „komuny”, ale nie przeszkadzało to w życzliwym traktowaniu gości. Powstanie „Solidarności” bardzo przypieczętowało takie nastawienie.

W tamtych czasach port w Vancouver był otwarty. Nie było bram i kontroli. Można było podjechać samochodem pod sam statek. Polonusi często podjeżdżali pod statek i szukali marynarzy do pracy w ogródkach domowych, przy remontach domów itp. W ten sposób mieli tańszą siłę roboczą a marynarze ekstra dochód na zakup towarów chodliwych w Polsce. Czasami statki stały w porcie dość długo i marynarze mieli okazje dobrze zarobić, szczególnie jak sobie przeliczyli dolary na złotówki po czarnorynkowym kursie. Na przykład zarabiając po 3-4 dolary na godzinę, ich dniówka po przeliczeniu, ponad 100 złotych za dolara, była odpowiednikiem dobrej miesięcznej pensji wielu Polaków w kraju. Kupując za to chodliwe w Polsce towary, wychodzili na tym jeszcze lepiej. 

W tamtych czasach marynarze polskich statków często też handlowali towarem przywiezionym z Polski. Wszystko, co kupione za złotówki a sprzedane za dolary dawało im bardzo dobry przelicznik. Na statkach, które wypływały z Polski, mogli oni zabierać dużo towaru, ale marynarze przylatujący samolotami na zmiany załóg w Vancouver mieli te możliwości bardzo ograniczone. Jeżeli udało im się przywieść jakieś drobne towary, na które znaleźli kupca, to byli zadowoleni. Bywało też tak, że niektórzy wynosili ze statku to, na co znaleźli kupca, na przykład liny, narzędzia, farby i inne drobne wyposażenia. Kontroli w porcie praktycznie nie było i business kręcił się dobrze.

W okresie kiedy schodzili ze statków liczni marynarze, których otaczano opieką, organizowane były liczne prosolidarnościowe i patriotyczne demonstracje. Więcej na ten temat można czytać w moim opracowaniu:1981-1990 Polonijna działalność patriotyczna – Towarzystwo Przyjaciół Solidarności w Vancouver (TPS), „Association of Friends of Solidarnosc” – JERZY KUŚMIDER podróże żeglarstwo Polonia (jerzykusmider.com) Jak pamiętam tamte czasy, to tylko bardzo nieliczni marynarze uciekinierzy ze statków, uczestniczyli w tych manifestacjach i działalności „Towarzystwa Przyjaciół Solidarności w Vancouver”. Można to tłumaczyć tym, że nie mieli oni unormowanego statusu pobytu w Kanadzie i woleli nie narażać się, bo to kojarzyło się im z działalnością antyrządową.

Polski Program Radiowy ze stacji CJVB w Vancouver.

W latach 1984-1990 kierowałem jedynym w tamtych czasach polonijnym medialnym środkiem przekazu w Vancouver. Polski Program Radiowy w Vancouver CJVB 1470 – JERZY KUŚMIDER podróże żeglarstwo Polonia (jerzykusmider.com) W okresie tym nie było żadnej polonijnej prasy, radia czy telewizji polskojęzycznej. Z tego powodu moimi wiernymi słuchaczami byli marynarze z polskich statków, którzy w ten sposób dowiadywali się wiadomości z kraju i świata. Nie było wtedy Internetu, a rozmowy telefoniczne były bardzo drogie. Wiadomości, jakie docierały do nich za pośrednictwem radiostacji statkowych były tylko z oficjalnych przekazów propagandy PRL. Ja zbierałem wiadomości z różnych źródeł, co dawało możliwość lepszego rozeznania sytuacji w kraju i na świecie. Często spotykałem tych moich wiernych słuchaczy przy różnych okazjach, na przykład pod polskim kościołem lub na polonijnych imprezach. Chcieli oni poznać mnie osobiście i zadawali wtedy różne pytania, głównie dotyczące pozostania w Kanadzie.

Do tych wiernych słuchaczy mogę też zaliczyć jednego kapitana polskiego statku rybackiego, który zadzwonił kiedyś do mnie. Powiedział, że często słucha mnie i chciałby poznać, jeżeli wyrażę na to zgodę. Sam, będąc w pewnym sensie człowiekiem morza, chętnie zgodziłem się i przyjąłem zaproszenie na wizytę na statku. Trochę się nawet zaprzyjaźniliśmy i za każdym razem jak był w Vancouver zapraszał mnie na spotkanie na statku, albo w hotelu jak przylatywał z nową załogą na zmianę. Odwiedzał też moją rodzinę w Warszawie. Nigdy nie skorzystał z zaproszenia do mojego domu, zawsze wymawiał się brakiem czasu.

W naszych rozmowach podkreślał on, że jest jednym z nielicznych kapitanów bezpartyjnych, że jest teraz okres „Pierestrojki” Gorbaczowa i w ogóle czasy są już inne. Nawet w jego mesie kapitańskiej wisiał plakat reklamujący tą „Pierestrojkę”. Pomimo tego, nasze spotkania traktowałem trochę z rezerwą, bo pamiętałem czasy, kiedy pływałem jako kapitan na polskich jachtach i pracowałem w Polskim Klubie Morskim w Gdańsku. Po powrotach z rejsów zagranicznych „opiekun klubu” z WOP (czyli Służba Bezpieczeństwa), chciał, żeby kapitanowie pisali raporty z rejsów. Przede wszystkim interesowały go kontakty, kto odwiedzał jacht, jakie były rozmowy z gośćmi itp. Dla świętego spokoju kopiowałem raporty pisane do Polskiego Związku Żeglarskiego tzw. Karty Rejsów, ale tam były tylko informacje nawigacyjne typu, odwiedzone porty, przebyte mile, sztormy itp. Rozmawiając z moim znajomym kapitanem statku, czasami odnosiłem wrażenie i przypominał mi się porucznik WOP z Gdańska, który wymagał od mnie takich raportów, inwigilował i próbował namówić do bycia TW SB, co było bezpośrednim powodem mojej decyzji o wyjeździe z Polski.

Praca w biurze „Mosaic”. Rok 1984/5

Moja medialna praca zainteresowała też Marie Młodzik, która kierowała polskojęzyczną sekcją biura „Mosaic”. Skrót od angielskiej nazwy: „The Multi-lingual Orientation Service Association for Immigrant Communities” (M.O.S.A.I.C.) https://www.mosaicbc.org/about/history/ Biuro to oferowało bezpłatną pomoc formalnoprawną i informacyjną dla nowoprzybyłych do Kanady imigrantów z różnych krajów. Organizacja ta była finansowana przez wszystkie szczeble władzy, czyli Rząd Federalny, prowincjonalny i władze miejskie. W okresie tym sekcja polska, między innymi z powodu dużej liczby marynarzy schodzących z polskich statków, miała wyjątkowo dużo pracy. Potrzebni byli woluntariusze do pomocy. Z tego powodu utworzono jeden etat pod nazwą VIP. Kojarzy się to ze skrótem od „Very Important Person”, ale naprawdę był to skrót od nazwy tego programu: „Voluntary Initiation Program”, czyli chodziło o werbowanie ochotników do pomagania nowoprzybyłym.

Był to rok 1984, okres kryzysu gospodarczego. Od dłuższego czasu nie pracowałem już jako inżynier, bo po prostu nie było dla mnie zatrudnienia w zawodzie. Przez kilka lat podejmowałem różne prace, zwykle na okres 24 tygodni, żeby odnowić możliwość pobierania ubezpieczenia od bezrobocia. Były to prace, do których rząd dopłacał część zarobków, żeby w ten sposób redukować bezrobocie.

Pani Maria Młodzik, z którą współpracowałem w ramach prowadzonego przeze mnie Polskiego Programu Radiowego, jak tylko pokazał się taki etat na 24 tygodnie zatrudnienia w „Mosaic”, od razu poleciła mi tę pracę. W ten sposób zostałem VIP-em… od szukania woluntariuszy. Miało to być moje główne zadanie, ale tak naprawdę to zajmowałem się całokształtem różnych prac związanych z pomocą dla nowoprzybyłych. Oczywiście przy okazji innych zajęć, starałem się również znaleźć i zachęcić różne osoby do pomocy społecznej. Znalazłem kilka życzliwych osób, które faktycznie starały się pomagać, ale to była kropla w morzu potrzeb. Praktycznie moim głównym zajęciem w biurze było udzielania porad dotyczących orientacji, co gdzie i jak załatwić w nowym kraju. Maria Młodzik, jako stały pracownik, nadzorowała moją pracę i dzieliła się swoimi doświadczeniami, żebym mógł być na bieżąco we wszystkich sprawach dotyczących pomocy i adoptacji nowoprzybyłych.

Zdecydowana większość moich klientów to byli marynarze. Według mojej oceny można ich było podzielić na dwie grupy:

Pierwsza grupa, to ci, którzy jeszcze nie zeszli ze statku i tylko przychodzili „zaciągnąć języka” i dowiedzieć się, jakie są możliwości pozostania w Kanadzie, zatrudnienia, zamieszkania itd. Ta kategoria klientów była bardzo skryta i tajemnicza. Nie chcieli podawać swojego nazwiska, co normalnie było wymagane według kanadyjskich zwyczajów. Musiałem to dyplomatycznie załatwiać, żeby nie tremować takich klientów. Bardzo często wyczuwałem dużą nieufność, co w pełni rozumiałem, znając sytuacje, w jakiej znajdowali się ci marynarze na statku, gdzie w załogach byli też donosiciele i agenci SB.

Często zadawali mi pytanie i oczekiwali odpowiedzi, czy zostać w Kanadzie? Po zapoznaniu się z sytuacją takiego rozmówcy mogłem wyczuć sytuacje danej osoby i coś zasugerować, ale nigdy nie odpowiadałem na takie pytania jednoznacznie. Zawsze mówiłem, że to jest bardzo poważna decyzja i każdy powinien decydować o swoim losie. Zwracałem tylko uwagę, że w podjęciu takiej decyzji muszą uwzględnić relacje rodzinne. Szczególnie chodziło o żony pozostawione w Polsce, tzw. „marynarzowe”, które były przyzwyczajone do dobrego życia. Długotrwała legalizacja pobytu w Kanadzie niewątpliwie ograniczyłaby zachowanie dotychczasowego statusu finansowego, przynajmniej w początkowym okresie.

Marynarze mieli dużą rozterkę i nie wiedzieli, co robić, szczególnie po zapoznaniu się z możliwościami pozostania w Kanadzie. Według prawa było dużo różnych powodów, na podstawie których można było ubiegać się o status stałego mieszkańca Kanady. W specyficznej sytuacji marynarzy schodzących ze statków nie było tych możliwości zbyt dużo. Głównym powodem było ubieganie się o statut uchodźcy politycznego, ale to trzeba było wykazać, że są do tego podstawy. Tu był problem, bo przeciętny marynarz, którego „Władza Ludowa” wypuszczała za granicę i materialnie był w lepszej sytuacji niż przeciętny obywatel PRL, miał trudności w wykazaniu takich powodów.

Miałem też przypadek jednego klienta, który pytał mnie, czy przekazanie tajnych informacji z dziedziny obronności PRL, jakie poznał, pracując w stoczni, mogą być przydatne? Prawdopodobnie już znał z niezależnych źródeł informacje o pułkowniku Kuklińskim. Nie odpowiedziałem mu jednoznacznie, ale słysząc o jego pracy w stoczni jako szeregowy pracownik fizyczny, nie sądziłem, że ma więcej tajnych wiadomości niż przeciętny informator na etacie służb wywiadowczych. Zasugerowałem mu, że nie wiadomo, czy to, co wie, byłoby przydatne do sprawy. Konsekwencje takiego kroku mogłyby być dla niego bardzo poważne.

Najczęściej przeciągająca się sprawa o uzyskanie statusu uchodźcy zostawała odrzucona i zwykle przechodziła do kategorii powodów humanitarnych, albo łączenia rodzin, bo w międzyczasie obrotny marynarz poderwał mieszkankę Kanady i zakładał nową rodzinę. W tej dziedzinie władze PRL nawet im pomagały, bo dużo rozwodów w Polsce odbywało się w uproszczony sposób, bez wysłuchania przez sąd drugiej strony.

W ramach tej pierwszej kategorii klientów, których obsługiwałem, zdarzali się „tajniacy” ze statków, których mogę porównać np. do dzielnicowego, który kiedyś przychodził do mojego mieszkania w Warszawie w celu zrobienia tzw. wywiadu środowiskowego. Takie wywiady były zlecane dzielnicowym w sytuacji np. ubiegania się o licencję krótkofalarską lub zezwolenie na żeglowanie po morzu, czyli tzw. Klauzula w sportowej książeczce żeglarskiej. Taki dzielnicowy zadawał zwykle pytania bez sensu, bo nie wiedział właściwie, o co ma pytać, ale mu kazali. Tacy „tajniacy”, podobni do takiego dzielnicowego pytali też bez sensu, sami nie wiedzieli, co chcieli. Wyglądało na to, że zostali przysłani, żeby mnie poznać i ewentualnie „rozpracować”, ale zdarzały się im bardziej konkretne pytania np. o inne osoby, czy ten lub inny marynarz kontaktował się z biurem „Mosaic” itp. Moja poufność zawodowa nie pozwalała mi odpowiadać, niezależnie, czy danego rozmówcę podejrzewałem o takie działania, czy po prostu koleś życzliwie i przez ciekawość, pytał o drugiego kolesia.

Była też mała grupa klientów, którzy przychodzili z różnego typu propozycjami bussinesowymi, ale to były bardziej osoby spoza marynarzy, tylko widzący możliwości zrobienia jakiegoś interesu z nimi związanego.

Druga grupa, to ci, którzy już zeszli ze statku i załatwiali już sprawy formalne związane z pozostaniem w Kanadzie. W zależności od tego jak bardzo były zaawansowane ich sprawy, potrzebowali oni różnej pomocy i informacji. Przede wszystkim zakwaterowanie, znalezienie pracy, pomoc prawna, medyczna itp.

Większości z nich miała barierę językową. Przychodzili na przykład z różnymi pismami i dokumentami. Jeżeli dotyczyło to tylko ustnego przetłumaczenia, to sprawę załatwiałem od razu. Tłumaczenia pisemne tzw. tłumaczy przysięgłych były inną formą działalności biura „Mosaic” i były robione tylko za opłatą, ale to już inny dział pracy tego biura. Normalnie pracowałem za biurkiem w lokalu „Mosaic”, ale czasami wychodziłem w teren, żeby tłumaczyć i pomagać w załatwianiu różnych spraw moich klientów w urzędach lub gabinetach lekarskich.

Dla tych marynarzy, którzy zdecydowali zejść ze statku, najważniejszą sprawą było zakwaterowanie. Niektórzy z nich, zanim podjęli taką decyzję, mieli jakichś znajomych i ogólne rozeznanie, gdzie i jak zamieszkać. Na przykład kontaktowali się wcześniej z biurem „Mosaic”, ale wielu z nich nie wiedziało, gdzie zamieszkać, bo decyzja zejścia ze statku była czasami bardzo spontaniczna. Najczęściej mieli tylko ogólne informacje, gdzie ewentualnie mogą dowiedzieć się i prosić o pomoc. W biurze „Mosaic” mogłem polecić jakieś domy, gdzie życzliwe osoby dawały schronienie, ale nie zawsze. Czasami trzeba było poczekać. W takich sytuacjach kierowało się te osoby do noclegowni dla bezdomnych, a następnie szukaliśmy inne możliwości, które zawsze można było znaleźć.

Jedną z takich życzliwych osób była pani Helena, która miła dom przy ulicy McGill, blisko portu w Vancouver i biura „Mosaic”. Przez jej dom przewinęło się, co najmniej kilkadziesiąt uciekinierów ze statków. Przyjmowała ona do swojego domu marynarzy, którzy nie mieli na zapłacenie za mieszkanie. Później kiedy dostawali zapomogi z opieki społecznej, to coś jej płacili, ale niestety byli też tacy, którzy po prostu okradli ją z jej osobistych wartościowych rzeczy. Może to byli prowokatorzy agentury PRL, ale tego chyba nigdy się nie dowiemy. Przykra sprawa, ale dla pełnego obrazu nie można o tym zapomnieć.

Tłumaczenia przesłuchań z adwokatami.

Dużą część mojej pracy zajmowały ustne tłumaczenia rozmów z adwokatami, którzy zostali przydzieleni i opłacani przez rząd do prowadzenia sprawy prawnej o uznanie statutu uchodźcy politycznego. We wcześniejszym okresie, zaraz po wprowadzeniu Stanu Wojennego w Polsce, Rząd Kanadyjski wszystkim Polakom, którzy obojętnie, w jaki sposób znaleźli się w Kanadzie, dawał możliwość ubiegania się o roczny „Ministerialny Permit” na pobyt i pracę w Kanadzie. Wielu marynarzy skorzystało wtedy z takiego permitu, ale dużo z nich wróciło do Polski, albo byli w trakcie załatwiania formalności związanych z pozostaniem na stałe. W tym celu niektórzy z nich korzystali z płatnej pomocy prawnej. Między innymi adwokat Andrzej Włodyka, w swojej kancelarii prawnej prowadził dużo takich spraw. Również Tadeusz Kawecki, który był wcześniej zaangażowany w strajk na MV „Regulus” w 1982 roku, później reklamował się jako profesjonalny doradca imigracyjny.

W biurze „Mosaic” wszystkie usługi z wyjątkiem pisemnych tłumaczeń były bezpłatne. Dotyczyło to również przesłuchań prawników przydzielonych i opłacanych przez rząd, które odbywały się w biurze. Adwokat zadawał pytania marynarzowi, a ja tłumaczyłem rozmowę. Nasłuchałem się przy tej okazji dużo ciekawych spraw, czasami bardzo osobistych. Ogólnie mogę powiedzieć, że wielu z nich wyraźnie naciągało i koloryzowało swoje sytuacje i prześladowania w Polsce. Inni dla odmiany starali się mówić jak najmniej, żeby nie zaszkodzić rodzinie w Polsce i sobie, jeżeli zdecydują na ewentualny powrót do Polski. Wspomniani wcześniej delegowani pracownicy stoczniowi, którzy oficjalnie byli członkami załogi statku, stanowili specyficzną grupę. Zwykle orientowali się, że ich praca jest niezgodna z prawem kanadyjskim i starali się w swoich zeznaniach unikać tego tematu, żeby nie mieć kłopotów, co zaciemniało obraz sprawy.

Wielu tych klientów, było niezdecydowanych. Z jednej strony chcieli zostać i wiedząc, że azyl jest w pewnym sensie najłatwiejszą formą załatwienia sprawy, przystawali na tą opcję, ale czasami wycofywali się, lub traktowali to jako formalność, żeby na razie „zaczepić” się w Kanadzie i pomyśleć później.

Pamiętam jedną bardzo ciekawą i można powiedzieć nietypową rozmowę. Klient nie miał nic do powiedzenia. Jak zwykle adwokat swoimi pytaniami sugerował jakieś punkty, które mogłyby być przydatne w załatwieniu sprawy o uznanie statusu uchodźcy. Pytał między innymi, czy był aresztowany, przesłuchiwany, zaangażowany w działalność podziemną, czy brał udział w manifestacjach, czy był wyrzucany z pracy itp.? Na wszystkie pytania i sugestie odpowiadał, nie. Po tych negatywnych odpowiedziach, adwokat zapytał, co w takim razie robił, jak wracał z rejsów i przez jakiś okres przebywał w Polsce. Ten odpowiedział, że jechał do mamusi na wieś, praktycznie z nikim się nie spotykał i nie wychodził z domu. Rozmowa na tym skończyła się i delikwent wyszedł z pokoju. Adwokat z wyraźnym zażenowaniem powiedział do mnie: „Rząd Kanady płaci mi za obronę tego klienta, który ubiega się o status uchodźcy, ja staram się znaleźć jakieś powody i motywacje, ale ta osoba nic nie chce mi pomóc. Ty jesteś z tego kraju, znasz sytuacje i mentalność swoich rodaków. Powiedz mi, co mam zrobić z tym delikwentem?”. Zastanowiłem się nad tym pytaniem i odpowiedziałem, gdybym ja mógł decydować, to wsadziłbym go do pierwszego samolotu na koszt rządu kanadyjskiego, byłoby to dla kanadyjskich podatników taniej niż prowadzenie bezsensownej sprawy. Pomyślałem też, że wróciłby do mamusi „pod pierzynę” i pewnie byłby szczęśliwy. Był to wyjątkowy przypadek. Nie mam rozeznania, co później stało się z nim oraz z innymi marynarzami, którym tłumaczyłem takie przesłuchania.

Poźniejsze losy marynarzy, którzy pozostali w Kanadzie.

Jak sobie radzili i jakie były losy marynarze schodzący z polskich statków? Niektórym powiodło się lepiej a innym trochę gorzej, tak jak to w życiu zwykle bywa. Wielu też wróciło do Polski, albo rozjechało się w różne strony Kanady i świata. Można by na ten temat napisać całą książkę, czego osobiście nie podejmuję się. Tym bardziej że wielu z nich nie chce rozmawiać i wracać do tamtych czasów. Wymienię tylko kilka konkretnych przypadków, pozytywnych ze szczęśliwym zakończeniem sprawy i budowaniem nowego życia w Kanadzie, ale niestety, były też negatywne, albo nawet tragiczne wydarzenia.

Pracując w biurze „Mosaic” przychodził do mnie kilka razy Tadeusz Jóźwik, który od razu zwrócił moją uwagę. Był on trochę inny niż większość podobnych klientów. Wzbudzał większe zaufanie i chyba odwrotnie było tak samo, bo był dość otwarty w różnych sprawach. Oczywiście pytał o możliwości pozostania, procedery załatwiania formalności itp., ale z decyzją czekał i cały czas wracał do normalnej pracy na statku, który stał dość długo w porcie Vancouver. Po przemyśleniu tematów, o których rozmawialiśmy, kilkakrotnie wracał do biura i zadawał kolejne pytania, dzieląc się swoimi wątpliwościami i obawami. W tym czasie prowadziłem Polski Program Radiowy w Vancouver i mój domowy telefon był powszechnie znany. Pewnego listopadowego, bardzo zimnego już wieczoru zadzwonił do mnie i powiedział, że właśnie zdecydował się zejść ze statku, wyszedł tak jak stał, bez żadnych rzeczy, żeby nie zwracać uwagi na trapie statkowym. Stoi teraz przy jakiejś budce telefonicznej i nie wie, co ma robić? Ja byłem u siebie w mieszkaniu, żona nakrywała do kolacji i byli też u nas jacyś znajomi. Nie wiele myśląc, zapytałem tylko, w którym miejscu, przy jakim skrzyżowaniu ulic czeka na mnie, wsiadłem do samochodu i przywiozłem go do domu. Był on zmarznięty i trzymał w ręku plastikową reklamówkę z całym swoim dobytkiem. Zjedliśmy wspólną kolację, z czego był bardzo zadowolony i powiedział, że nikogo w Vancouver jeszcze nie znał i od razu poznał tyle ludzi. Moje mieszkanko było zbyt małe, żeby gościć go na noc i zgodnie ze zwyczajami, jakie stosowaliśmy w takich sytuacjach w biurze „Mosaic”, zawiozłem go do noclegowni dla bezdomnych. Przed wyjazdem wyjął on z reklamówki najdroższą swoją rzecz, aparat fotograficzny „Zorka” i zostawił u mnie na przechowanie, bo bał się, żeby mu w tej noclegowni nie ukradli. Powiedziałem mu, żeby następnego dnia rano przyszedł do mnie do biura i coś załatwimy. Następną noc już zamieszkał u pani Heleny na ulicy McGill. Często przychodził do mnie do biura i prowadziłem jego sprawy. Jak się okazało, prawdopodobnie spotkania ze mną czasami mogły być tylko pretekstem, bo bardzo lubił rozmawiał z sekretarką biurową Haidi, która była panną pochodzenia austriackiego. Pomimo jego słabego angielskiego dobrze porozumiewali się.

Mój kontrakt pracy w biurze skończył się i w niedługim czasie dowiedziałem się, że Tadek i Haidi wzięli ślub. Ich małżeństwo wyglądało na bardzo szczęśliwe, chociaż dzieci nie mieli. Ona później pracowała w szkole jako nauczycielka. W domu, w miarę możliwości rozmawiali po polsku i nawet nauczyła się tego języka. Kiedykolwiek ją spotykałem, to zawsze prosiła, żebym mówił do niej po polsku. On będąc dobrym fachowcem spawaczem, otworzył firmę i zatrudniał kilku pracowników. Zawsze był bardzo życzliwy dla wszystkich. Na polskich jachtach, które odwiedzały port Vancouver po przepłynięciu Northwest Passage wykonał dużo prac spawalniczych.

Inny ciekawy przykład losów marynarzy to inżynier Marek Mirski. Zszedł on ze statku dwa miesiące przed stanem wojennym. Poznałem go, zaraz na początku mojego pobytu w Vancouver w grudniu 1981 roku.

Marek poznał Kariokę, która ze swoją mamą Zofią aktywnie udzielała się w Polonii. W maju odbył się ich ślub, i wesele na którym ja również byłem obecny. Lokalna prasa kanadyjska, która dość obszernie pisała o marynarzach schodzących ze statków, zamieściła tą bardzo ciekawą i miłą informację. Marek aż do emerytury pracował jako elektryk na dużych statkach-promach. Młoda para niedługo będzie obchodzić swoją czterdziestą rocznicę małżeństwa, wychowali i wykształcili dwóch synów i całkiem nieźle zagospodarowali się w Kanadzie.

Wielu marynarzy którzy zeszli ze statków kontynuowało swoją pracę na morzu jako rybacy. W tamtym okresie rybołówstwo w Kolumbii Brytyjskiej rozwijało się bardzo dobrze i pracy nie brakowało dla chętnych. Oczywiście dotyczyło to tych, którzy na polskich statkach zatrudnieni byli jako rybacy. W Kanadzie pracowali oni zwykle na małych jednostkach z kilkuosobowymi załogami, bo tylko takie łowiły na kanadyjskim wybrzeżu Pacyfiku. Wielkość tych kutrów była nieporównywalna z tymi, na których pracowali wcześniej. Pamiętam jak w roku 1988, żeglowałem na moim jachcie „Varsovia” i odwiedziłem zatokę Hot Springs Cove na zachodnim wybrzeżu Wyspy Vancouver na otwartym Pacyfiku. Był wtedy sztorm i kilkanaście kutrów rybackich schowało się w tej zatoce. Na połowie z nich były polskie załogi. Język polski był dominujący i poczułem się wtedy jak kiedyś w polskich portach na Bałtyku.

Oprócz tych małych kutrów zdarzały się też trochę większe, z kilkunastoma osobami załogi gdzie była oddzielna funkcja kucharza. Krzysztof Maciejczyk, który na polskim statku pracował jako kucharz i zszedł z niego w gorących dniach Stanu Wojennego, znalazł pracę w swoim zawodzie na takim większym kutrze. Spotkałem go kiedyś w małym porciku otwartego Pacyfiku, podczas innego rejsu moim jachtem. Głośno rozmawiał po polsku przez telefon, stojąc w budce na pomoście portowym. Przypomnę, że w tamtych czasach telefonów komórkowych jeszcze nie było. Usłyszałem go z daleka i zaczęliśmy rozmowę. Zaprosił mnie na swój statek i dał mi wyprawkę smacznych ryb, które sam przygotował.

u 9424

Z innych rybaków, którzy kontynuowali i nawet nadal pracują na morzu, tym razem na własnym kutrze „Savoy”, to Hanka i Staszek Niewiero. Oboje są absolwentami Wyższej Szkoły Morskiej w Szczecinie (roczniki 1977 i 1979). W roku 1988 zeszli z polskiego statku rybackiego. Pracują cały czas, ale myślą już o sprzedaży swojego statku i przejściu na zasłużoną emeryturę. Czasami odwiedzam ich moim jachtem i dobijam do burty ich statku, który cumują w porcie rybackim niedaleko mojego domu.

Trochę inne losy spotkały lekarzy, którzy pływali na polskich statkach. Wspomnę tylko o dwóch. Michał Jarochowski zdał wszystkie wymagane egzaminy nostryfikacyjne, ale nie udało mu się dostać na wymaganą praktykę stażową. Tylko nieliczne w Kanadzie szpitale i instytucje medyczne oferują takie staże i jest na nie bardzo ograniczona ilość miejsc. To jest forma niedopuszczania do zawodu lekarzy imigrantów, szczególnie w sytuacji braku lekarzy. Wiadomo, że chodzi o kasę. W tej sytuacji Michał pracował w szpitalu jako laborant przy diagnostyce. Bardzo się przyjaźniliśmy, bo też miał swoją łódkę i często wspólnie pływaliśmy. Niestety zmarł na raka. Chciał mieć pogrzeb morski i jego ostatnią wolą było rozsypanie prochów w miejscu, gdzie wielokrotnie spotykały się polonijne jachty z Vancouver. Więcej czytaj:  2007.04.06 Ostatni rejs Michała Jarochowskiego – odszedł na wieczną wachtę

Wojciech Ziemnicki też był lekarzem na polskim statku rybackim. Podobnie było z jego nostryfikacją dyplomu i do swojej emerytury pracował w szpitalu, ale niestety nie na pozycji lekarza. Zarówno Michał jak i Wojciech ożenili się i całkiem dobrze zagospodarowali się w Kanadzie. 

To były pozytywne przykłady, ale były też sytuacje bardzo tragiczne i nieprzynoszące chluby Polakom. Pisząc to opracowanie, nie można tego pominąć, bo nie byłby to pełny obraz sytuacji.

Tragiczne losy niektórych marynarzy.

Jerzy Steinmetz w swojej książce pt „Kanada naszych dni w BC” wydanej w roku 1995 opisał kilka tragicznych wypadków naszych rodaków:

„Najbardziej dramatycznym było celebrowanie otrzymanego Obywatelstwa Kanadyjskiego w apartamencie na Haro Street na West End. Trzech młodych rybaków tak sobie popiło, że nie zauważyli, zasypiając na kanapie z papierosem, powstałego pożaru. Dym, który się rozprzestrzenił po korytarzach i sąsiednich apartamentach, zaalarmował sąsiadów, którzy wezwali straż pożarną. Niestety jak przybyła pomoc, młodzi ludzie udusili się czadem.

Pogrzeb jednego z nich odbył się na cmentarzu w Vancouver. Była na nim moja żona Elżbieta. Sama, bo ja wtedy pracowałem. Ubrała się w czarny płaszczyk z białymi małymi kropkami i chyba wyglądała na najbardziej żałobną uczestniczkę pogrzebu. Zwykle na różne okazje chodziliśmy razem i może dlatego, niektórzy źle skojarzyli i zaczęli składać jej kondolencje. Wyszła zabawna sytuacja, podczas tak smutnej okazji. Ciało drugiego zostało wysłane do Polski. Nie pamiętam, co było z trzecim..

Druga pamiętna historia, też rybak pijany wracający wozem do domu w Mission wpadł na drzewo. Rozbił wóz i zabił się. Było to w okresie oczekiwania na przybycie żony z Polski. Przyjechała na pogrzeb. Pomimo opieki i pomocy społecznej nie chciała zostać w Kanadzie. Po pogrzebie i otrzymaniu zapłaty z ICBC powróciła do Polski.

Trzeci wypadek – żona Polka opuściła niezaradnego męża. On nie mógł się z tym pogodzić. Odszukał gdzie zamieszkała, było to u koleżanki na Oak Street. Pojechał tam i kiedy zaatakował właścicielkę mieszkania serią brudnych słów, ona złapała za nóż kuchenny i wbiła mu w brzuch. Ponieważ stało się to przy oknie, on przewracając sie do tyłu wpadł we framugę i z oknem z drugiego piętra wypadł na ulicę. W karetce do szpitala zmarł. Zbrodnię te ukarano wyrokiem 10 lat więzienia.

Inny i tragiczny zbieg okoliczności. Rybak, któremu wyszukano bardzo dobrą pracę w miejskim Akwarium, co pozwoliło mu oszczędzić wiele dolarów i pomagać rodzinie, zdecydował się sprowadzić z Gdyni żonę. Kiedy ona przyjechała i nie mogła się pogodzić z tutejszym otoczeniem, zaczęła strasznie dokuczać mu i namawiać do powrotu do PRL. On na to nie mógł się zdecydować. Sytuacja doszła do punktu, że postanowił odebrać sobie życie. Pod nie obecność żony zostawił notę, poszedł na balkon (10 piętro) przeciął sobie nożem żyły i wyskoczył na ulicę. Zmarł na miejscu. Po pogrzebie żona uzyskała ubezpieczenie na życie z miejskiej pracy i zabrała jego zaoszczędzone 10 tysięcy dolarów. O jej losie prasa więcej nie pisała” .

Do tej ostatniej tragedii dodam, że tego rybaka znałem dość dobrze, bo mieszkaliśmy w tym samym budynku. Wielokrotnie rozmawiałem z nim. Skarżył mi się, że jego żona niezbyt chętnie chce przyjechać do Kanady i wyszukuje różne wymówki. Zasugerowałem mu, żeby nie wysyłał jej zbyt dużo pieniędzy, nie więcej niż przeciętny polski, ale nie marynarski zarobek. Widać, że to chyba zadziałało i małżonka wraz za małą córką zdecydowała się na przyjazd. Marynarz ten bardzo ucieszył się z tego. Wszystko już przygotował na jej przyjazd. Pokazywał mi jakie mebelki kupił do pokoju córki. Reszty mebli jeszcze nie kupił, ale miał odłożone pieniądze, żeby żona sama wybrała.

Po jej przyjeździe do Kanady prosił mnie, żebym porozmawiał z jego żoną, coś poradził, wyjaśnił nowe realia życia w Kanadzie itp. Niestety kobieta była bardzo niedostępna. Typowa „marynarzowa”, jakich wiele pamiętam z Gdańska, gdzie mieszkałem i pracowałem przed wyjazdem z Polski. Kobiety te miały dużo pieniędzy na, które ciężko pracowali na morzu ich mężowie, często nie pracowały i prowadziły bardzo wygodne życie, tak bardzo odmienne od kanadyjskich realiów nowych imigrantów z Polski.

Jako korektę do tego tekstu z książki dodam, że nie przypominam sobie o samobójczym liście. Wśród mieszkańców domu „Lukasowa”, jak nazywano ten wieżowiec, padały podejrzenia, że ktoś mu „pomógł” wyskoczyć z balkonu. Śledztwo umorzono i rozpuszczono wiadomość o takim liście. Wdowa ta miała dziwnego opiekuna, najprawdopodobniej, jak wtedy mówiono, skierowanego przez  konsulat PRL z Toronto w ramach pomocy w sprawach spadkowych dla obywateli polskim. Całą tę sprawę PRL-owska propaganda wykorzystała też do swoich celów. W Polskim Kościele w Vancouver odprawiona została msza żałobna, po której nikt nie dochodził do wdówki z kondolencjami. Wszyscy ją omijali i patrzyli z pogardą. Jedynie był z nią ten „opiekun”, bo nawet nie było córki, co było dla Polonii, wielkim oburzeniem. Zwłoki zmarłego zostały skremowane. Wdowa nie chciała ich zabrać do Polski, bo koszty byłyby wysokie i jak mówiono wśród Polonii, zdecydowała rozsypać je u jakiegoś znajomego w ogródku.

Polskie statki rybackie stacjonowały w Vancouver, jeszcze do początku lat dziewięćdziesiątych. O historii statków rybackich „Dalmoru” czytaj: http://posejdon.sos.pl/2015/65-lat-floty-dalmoru/

W listopadzie 1989 roku harcerski żaglowiec „Zawisza Czarny”, w swoim rejsie dookoła świata odwiedził Vancouver i zacumował w porcie obok polskich trawlerów-przetwórni. Jak pisze kapitan Jan Ludwig: https://kiedyszlismyprzezpacyfik.wordpress.com/kulisy-rejsu-kpt-jan-ludwig/ wybór tego portu nie był przypadkowy, bo baza statków polskich była bardzo przydatna do naprawy żaglowca podczas długiego rejsu. W czasie dwutygodniowego pobytu, marynarze/stoczniowcy wykonali nawet poważne naprawy. Więcej o „Zawiszy Czarnym” w Vancouver czytaj:1989.11 Rejs polonijny s/y „Zawisza Czarny”

Po przemianach społecznopolitycznych w Polsce, przedsiębiorstwa „Odra” i „Gryf” przestały istnieć. W ostatnich latach przed zakończeniem działalności tych przedsiębiorstw, ucieczki marynarzy były coraz rzadsze i ograniczały się do pojedynczych przypadków. Zmiany w Polsce dawały inne możliwości emigracji. W tym okresie przyjeżdżało do Kanady dużo Polaków, ale innymi drogami. Najpierw wyjeżdżali do innych państw, najczęściej do RFN, Austrii, Włoch oraz Grecji i tam starali się o o prawo stałego pobytu w Kanadzie.

Z perspektywy czasu, patrząc na losy marynarzy, którzy zeszli z polskich statków, można zastanowić się nad tym zagadnieniem i zadać pytanie, czy warto było? Moim zdaniem nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Każdy na to pytanie odpowie inaczej w zależności od tego jak ułożyło się życie danej osoby. Wszystkim czytelnikom zostawię to do przemyślenia, szczególnie w obecnej sytuacji. Po czterdziestu latach, kraj do którego uciekali z PRL (Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej), stał się Kanadyjską Republiką Ludową, gdzie moim zdaniem, totalitaryzm pod wieloma względami jest obecnie gorszy niż w okresie władzy Edwarda Gierka, kiedy to emigrowałem z PRL w roku 1977.

Jerzy Kuśmider

Vancouver, Kanada

listopad 2021

www.jerzykusmider.com

1 Comment

  1. Bardzo ciekawe wspomnienia I czesc juz nowej historii polskiej emigracji…
    Pozdrawiam byly ” marynarz” pracownik PLO z zalogi ” BATOREGO ” nielegalnie pozostaly w Kanadzie ( Sierpien 1981 ) na kilka miesiecy przed statement wojennym. Ciekaw jestem czy gdzies zostaly opisane losy zalogi i pasazerow ” Batorego ” ktorych sporo nielegalnie pozostalo w Kanadzie przed stanem wojennym podczas i pozniej.
    Andrzej .
    Ottawa. ON. 🇨🇦 Canada

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s